Człowiek z gówna, który stał się człowiekiem ze złota

Gdy ogłoszono, że przejmie w Juventusie schedę po Antonio Conte, w Turynie nastąpiła żałoba. Optymiści wieszczyli, że przez sezon niczego nie zdoła permanentnie zepsuć, a potem i tak go wywalą. Pesymiści twierdzili, że to koniec dominacji Bianconerich, a Juve wróci do poziomu sprzed Conte. Kiedy podjeżdżał pod turyński stadion, kibice skandowali „Uomo di merda, Allegri uomo di merda”.

Człowiek z gówna, zasraniec. Jakkolwiek nie próbować przetłumaczyć tego, co skandowali kibice – przyjemne to dla Allegriego z pewnością nie było. Powód był prosty: odszedł wielki Conte, a w jego miejsce przyszedł marny Allegri, pogoniony z pogrążającego się w kryzysie Milanu. Samochód którym podjechał do siedziby Juventusu kopano, obrzucano jajkami, a nawet na niego pluto. Istne pandemonium, zbiorowa emanacja pogardy i nienawiści.

Ci sami ludzie, którzy najchętniej wywieźliby włoskiego trenera na taczkach poza granice Piemontu, dziś nie wyobrażają sobie bez niego Bianconerich. I nie da się ukryć, że na to uwielbienie musiał ostro zapracować.

W pierwszym sezonie zdobył mistrzostwo Włoch i dotarł do finału Ligi Mistrzów, wcześniej – wydawałoby się – zupełnie nieosiągalnego. Nawet to nie wystarczyło, by w pełni przekonał do siebie wszystkich nieprzychylnych kibiców. Wiele osób wciąż twierdziło, że to zupełny przypadek – ot, przejął doskonale funkcjonującą drużynę po Conte i zwyczajnie jej nie popsuł. Jego odejścia domagano się głośno już po finale Ligi Mistrzów w 2015 roku. Gdy w sezonie 2015/16 pojawiła się seria słabszych wyników, na stadionie Bianconerich rozległy się przeszywające gwizdy, które musiał uciszać rozwścieczony do czerwoności Buffon.

Było to podejście o tyle absurdalne, że o ile we Włoszech przed pojawieniem się Maxa Juventus stawał się z roku na rok hegemonem, o tyle w Europie wciąż robił za upapranego smołą kopciucha, który robi wrażenie tylko dlatego, że ma w sobie szlachecką krew. Ot, pociotek wielkiej rodziny, która lata temu wiele w Europie znaczyła, ale teraz może na największym balu co najwyżej siedzieć gdzieś w kącie i podjadać resztki ze stołów.

Wystarczy rzucić okiem na to, co działo się w europejskich rozgrywkach za czasów Antonio Conte. Juventus męczył się w rozgrywkach grupowych i tracił punkty z ekipami pokroju Nordsjaelland i FC Kopenhagi, przegrywał z Galatasarayem. W pierwszym sezonie po powrocie do Europy, niczym uczeń mierzący się z profesorem, dostał srogą lekcję od Bayernu Juppa Heynckesa. W drugim nawet nie awansował z grupy, a potem po żenująco słabym dwumeczu odpadł z Benfiką w Lidze Europy.

„Nie buduje się wieżowców za pomocą łopaty i wiadra” – Antonio Conte

Conte na brak wyników w Europie miał zawsze przygotowaną prostą i niezmienną odpowiedź – Juventus był za słaby. Posiadał za słabych piłkarzy, brakowało mu warunków finansowych, by podjąć walkę z czołowymi drużynami Europy. W 2013 roku przed meczem z Realem powiedział, że nie ma sensu przyglądać się obu ekipom, bo w tym starciu Real jest czołgiem, a Juventus samochodem. Twierdził też, że nie można zjeść w restauracji w której dania kosztują 100€, kiedy ma się w portfelu tylko 10€. A potem przyszedł Allegri, wybudował wieżowiec, staranował czołg i nałożył sobie talerz wypełniony frykasami.

Jednak nawet ten pierwszy finał – przeciwko Barcelonie, po wyeliminowaniu Realu, Monaco i Borussii Dortmund – nie przekonał do niego wszystkich. Nad J-Stadium wciąż unosił się duch Antonio Conte – zresztą w pełni zasłużenie, Włoch dokonał odrodzenia Juventusu, sprawił że przestał być chłopcem do bicia i znów nadał mu charakter, wpoił w piłkarzy grę do końca, wolę walki i wiarę w siebie. Allegri to ‘tylko’ kontynuował, a zdaniem wielu – przyszedł na gotowe.

Prawda jest taka, że Conte poprowadził Juventus z punktu A do punktu B, ale nie był w stanie wznieść go na jeszcze wyższy poziom. Przegnał krążące po Turynie demony, odbudował mentalność, jednak nie potrafił wprowadzić Juve do europejskiej elity. Allegri potrafił, przejął Bianconerich w punkcie B i dotarł do punktu C.

Oczywiście Conte miał rację narzekając na finanse Juventusu. Nawet dzisiaj pod względem przychodów Juve plasuje się dopiero na 10 miejscu w Europie, za plecami między innymi Arsenalu, Liverpoolu, czy PSG. Manchester United, klub do niedawna pogrążony w piłkarskiej ruinie, praktycznie nieistniejący w realiach czołowej piłki, miał niemal dwukrotnie wyższy przychody. Oczywiste było to, że Juve nie stać na to, by ściągać i opłacać największe gwiazdy światowej piłki.

Jednak nie tylko to było problemem. Dysproporcje finansowe byłyby wytłumaczeniem, gdyby Juventus w Europie odstawał tylko od największych tuzów – Barcelony, Realu, Bayernu. Tymczasem piłkarze Bianconerich zawodzili także w meczach z Szachtarem, Nordsjaelland, Kopenhagą, Galatasaray; męczyli się nawet w LE z Lyonem, Benfiką. Zawodziła taktyka. 3-5-2, siejące postrach na Półwyspie Apenińskim, zupełnie nie sprawdzało się jako główny i jedyny pomysł na mecze w Europie. A tej formacji Conte trzymał się niczym tonący brzytwy.

Było to o tyle zaskakujące, że początkowo Włoch sprawiał wrażenie bardzo elastycznego pod względem taktyki. Przygodę w Turynie rozpoczął od 4-2-4, szybko zmienił je na 4-3-3, a potem wprowadził swoje popisowe 3-5-2 i stopniowo robił z niego formację docelową, którą wychodził tydzień w tydzień, mecz w mecz.

Wtedy w Turynie pojawił się Allegri. Latem z głównych piłkarzy stracił co prawda tylko Mirko Vucinicia, jednak nie otrzymał także jakichś niesamowitych wzmocnień. Ot, dostał gołowąsa Moratę i równie młodego, za to znacznie bardziej anonimowego Stefano Sturaro. Jedynym znaczącym transferem wydawał się wówczas podstarzały już Patrice Evra. W portfelu było nadal marne 10 euro.

Tyle tylko, że tym portfelem zarządzać zaczął wyborny taktyk. Od początku Allegri zapowiedział, że nie ma zamiaru dokonywać rewolucji, a zamiast niej doprowadzi do ewolucji Juventusu. Początkowo kontynuował grę 3-5-2, jednak po grupowych wpadkach – 0:1 z Atletico Madryt, 0:1 z Olympiakosem – porzucił to ustawienie w meczach Ligi Mistrzów. Zamiast niego wprowadził 4-3-1-2, z Arturo Vidalem łączącym atak i pomoc, w której życiową formę osiągnęli Paul Pogba, Andrea Pirlo i Claudio Marchisio.

Jak za dotknięciem magicznej różdżki Juventus się odmienił. Przestał grać w do bólu nudny i przewidywalny sposób, rozjechał Borussię, pokonał Monaco i wyeliminował w półfinale Real Madryt. Jedyną przeszkodą nie do przebycie okazała się Barcelona.

I w tym tkwi największa zaleta Allegriego. Jest kapitalnym taktykiem, w pełni elastycznym, zdolnym do ciągłego rotowania ustawieniem, gotowym do natychmiastowych zmian w trakcie spotkania. Max nie czeka z założonym rękoma aż jego plan zacznie działać, tylko reaguje. Zmienia, dłubie, poprawia. Nieustannie żyje meczem. Zresztą wystarczy przytoczyć słowa Patrice’a Evry: „Przed meczem z Borussią Allegri przeprowadził indywidualne prezentacje dla każdego piłkarza. Po raz pierwszy w mojej karierze na boisku wydarzyło się dokładnie to, co wcześniej mówił mi Allegri. To było jak poruszanie się w filmie, który już widziałem. Wygraliśmy 3:0”.

W tym sezonie Włoch przeszedł samego siebie. Grał już 3-5-2, 4-3-1-2, 4-5-1, 4-3-3. I tak dalej, kolejne wariacje można wymieniać i wymieniać, jednak zwyczajnie nie wypada nie zatrzymać się przy creme de la creme jego taktycznych rewolucji: 4-2-3-1.

To ustawienie samo w sobie do rewolucyjnych, czy zaskakujących z pewnością nie należy – po prostu jedno z wielu, dość często stosowane. Tyle tylko, że nie w taki sposób. Kto normalny wpadłby na to, by na lewym skrzydle ustawić Mario Mandżukicia, co więcej – by zmusić go do tego, by skupiał się bardziej na bronieniu, niż atakowaniu?

Tymczasem ten manewr okazał się kluczem do tegorocznych sukcesów Juventusu. Odkąd Bianconeri przeszli na to ustawienie, w Serie A przegrali zaledwie 1 spotkanie, a w 6 meczach Ligi Mistrzów z Porto, Barceloną i Monaco stracili zaledwie 1 bramkę. I to bynajmniej nie dlatego, że nagle postanowili się murować. Wszystkie dwumecze praktycznie rozstrzygali w pierwszym spotkaniu: Porto wbili dwa gole, Barcelonie trójkę, Monaco powieźli dwoma. Mając pełną kontrolę nad tym co dzieje się na boisku, grając przyjemny dla oka futbol.

Bodajże Diego Simeone powiedział, że futbol na najwyższym poziomie odchodzi od konkretnych taktyk i formacji, a przyszłością jest strategia. Bez sprecyzowanych ról, bez stałego podziału na pozycje, bez sztywnych ram 4-4-2 czy 3-5-8. I jeśli przyjrzeć się temu, jak gra Juventus, to nie trudno odnieść wrażenie, że Allegri dogadałby się z Simeone zanim zdążyliby wypić pierwsze espresso.

Dlaczego? Bo 4-2-3-1 Allegriego to tylko zamysł, sposób na ogólne przedstawienie tego, co jego piłkarze wyczyniają na boisku. Gdy atakują, często ustawiają się w 3-4-3. Gdy bronią, to czasem w 4-4-2, czasem w 5-4-1. Dani Alves raz jest ofensywnym skrzydłowym, raz bocznym obrońcą, a w kolejny akcji ustawia się obok Chielliniego i Bonucciego, by lewym skrzydłem mógł popędzić bez obaw Alex Sandro. Mandżukić z akcji na akcję miota się między byciem lewym obrońcą, a defensywnym pomocnikiem. Dybala rozgrywa, by chwilę potem być na szpicy ataku. Pełne pomieszanie z poplątaniem, które w pełni jest w stanie zrozumieć chyba tylko sam Allegri.

I choć grają ciekawy, momentami bardzo ofensywny futbol, to jest to efektem absolutnie ubocznym. Allegri bowiem styl i piękną grę ma głęboko w poważaniu. Sam twierdzi, że to zupełnie nieistotny element – dla niego liczy się bowiem tylko i wyłącznie wygrywanie. Jeśli ktoś chce oglądać spektakl, to może udać się do cyrku. Droga wolna, w jego królestwie panuje pragmatyzm. Efektywność spycha w mrok efektowność.

Oprócz zdolności taktycznych Włoch potrafi doskonale dojrzeć w piłkarzach ich ukryty potencjał. Umie wyciągnąć z nich maksimum, idealnie dopasować tryby tak, by maszyna funkcjonowała na maksymalnych obrotach. Z Mandżukicia zrobił defensywnego skrzydłowego, a Paulo Dybalą przemienił z bramkostrzelnego napastnika w piłkarza, który porzucił chęć strzelania kolejnych na goli na rzecz dobra drużyny. Stał się rozgrywającym, często cofa się do wysokości środkowych pomocników. Zamiast jedynie wykańczać akcje, zaczął je samemu napędzać.

Pokazywałem moim piłkarzom nagrania z grą Mandżukicia i defensywą Juventusu. To nie przypadek, że tracą tak mało bramek – Pippo Inzaghi

To właśnie dzięki tej elastyczności taktycznej i zdolności dopasowywania graczy do swoich planów Allegriemu nie zawalił się świat, gdy po finale w Berlinie z Juventusu odeszli Carlos Tevez, Arturo Vidal, Andrea Pirlo i Fernando Llorente, a rok później ich śladem poszli Alvaro Morata i Paul Pogba. Starej Damie przetrącono kręgosłup i choć początkowo miała problemy z chodzeniem, to Allegri zdołał sprawić, by po chwili biegała niczym młoda sarenka.

Być może to właśnie Allegri jest dzisiaj największą bronią w orężu włoskiego zespołu. Sprawia, że każdy piłkarz poświęca swoje ambicje dla dobra drużyny. Jego zespół jest nieprzewidywalny, może zarówno rzucić się na rywala od pierwszej minuty, jak i bronić się, by w końcówce meczu wrzucić najwyższe obroty i dobić rywala. Doskonale analizuje swoich rywali i potrafi przewidzieć jak potoczy się mecz, a kiedy spotkanie nie idzie zgodnie z planem, to ma przygotowane kolejne.

Na każdą ewentualność.

 

2 thoughts on “Człowiek z gówna, który stał się człowiekiem ze złota

  1. W kontekście elastyczności. Pamiętasz jak Conte w pierwszym sezonie kombinował z systemem? W sumie to był najefektowniejszy Juventus od 5 lat.

    1. Tak, jest zresztą wspomniane w tekście. Wyniki były różne, wiadomo – słabsi gracze, ale 433 z Vuciniciem bardzo fajnie się oglądało:)

Komentarze są wyłączone.