Człowiek, który urodził się, by latać między słupkami

Mimo, że zawodowo skazany jest na nierówne pojedynki z napastnikami przeciwnych drużyn, swoje największe starcie stoczył poza boiskiem – z samym sobą.  Przez Marcina Szulika przeżył jedną ze swoich pierwszych i zarazem największych piłkarskich porażek w karierze. Potrafił odmówić najlepszym i wesprzeć swój klub w momencie, gdy ten najbardziej go potrzebował. Zaczynał jako pomocnik, a mimo to w piątek rozegra swój tysięczny oficjalny mecz między słupkami. Mistrz Świata, wielokrotny Mistrz Włoch. Być może najlepszy bramkarz w historii, za to z pewnością najdroższy. Gianluigi Buffon.

Dzisiaj Buffon ma na swoim koncie 167 występów w bramce Azzurrich i jest rekordzistą pod względem rozegranych meczów we włoskiej reprezentacji. Dzięki szesnastu sezonom rozegranym w Turynie Buffon stał się prawdziwym symbolem Bianconerich, jednak tak naprawdę niewiele brakowało, by nigdy nie trafił do drużyny Turynu. Mało tego – uznany przez IFFHS za najlepszego bramkarza pierwszej dekady XXI wieku Buffon mógł nigdy nie stanąć między słupkami jakiejkolwiek drużyny. Dziś sam twierdzi, że by zostać bramkarzem trzeba mieć trochę nie po kolei w głowie.

„Każdy normalny dzieciak myśli o tym, by strzelać bramki. By zostać bramkarzem trzeba być masochistą, powinni się tym zająć psychologowie. Gdy grasz na bramce, to jedyną pewną rzeczą w twoim życiu jest to, że będziesz wpuszczał gole. A jak wiadomo, wpuszczanie bramek nie jest czymś specjalnie przyjemnym”

Cóż, z pewnością jest w tym sporo racji. W porównaniu do napastników i pomocników, bramkarze rzadko kiedy zostają w pełni docenieni. Znacznie większą uwagę kibice przykładają do strzelanych bramek i asyst, do pięknych sztuczek i niesamowitych podań. Bramkarze są bohaterami tylko na chwilę, w rzadkich momentach uniesienia, które następują po tym jak dokonują wyjątkowej, czy też kluczowej interwencji. Rzadko kiedy mówi się, że to golkiper wygrał spotkanie, za to znacznie częściej właśnie ich obarcza się winą za porażkę. „Kiedy popełniam na boisku błąd, to jest to dla mnie szok. Potrzebuję potem kilku dni, by do siebie dojść”, dodaje Buffon.

Jak w takim razie doszło do tego, że Włoch zdecydował się na tak niewdzięczną rolę? By odpowiedzieć na to pytanie musimy cofnąć się w czasie o ładnych parę lat…

Skazany na sport

Buffon nie był po prostu zwykłym dzieckiem, które lubiło się ruszać i marzyło o karierze sportowej. Nie, on był wręcz skazany na to, by zostać sportowcem. Jego ojciec był reprezentantem kraju w pchnięciu kulą, a mama trenowała rzut dyskiem i przez siedemnaście lat była rekordzistką Włoch w tej dyscyplinie. Również starsze siostry Gigiego postawiły na sport – obie odnosiły sukcesy w siatkówce, Guendalina była nawet Mistrzynią Włoch i zdobywczynią Pucharu Europy. Jego stryj, Lorenzo Buffon, przez dziesięć lat strzegł bramki Milanu, z którym zdobył cztery mistrzostwa kraju, a jego wujek Dante Masocco był reprezentantem kraju w koszykówce. Młody Gigi nie miał więc wyboru – musiał kontynuować rodzinną tradycję; jak sam wspomina wszyscy członkowie jego rodziny nosili koszulkę reprezentacji Włoch i on nie mógł być gorszy. Pozostawała tylko kwestia tego, którą wybierze dyscyplinę.

Padło na piłkę nożną, być może dzięki jego wujkowi, który kupił mu pierwszą piłkę. Choć Buffon wspomina, że po prostu zawsze kochał calcio, a kibicem był odkąd tylko sięga pamięcią. Swój pierwszy album Panini z kartami piłkarzy dostał w 1983 roku, mając zaledwie pięć lat, i od tamtej pory zebrał imponującą kolekcję – posiada prawie wszystkie albumy od 1961 roku, nie udało mu się zdobyć zaledwie dwóch.

Swoją piłkarską karierę rozpoczął jako pomocnik, czasem grywał nawet w roli napastnika. Niewiele brakowało, by zdobył bramkę na słynnym San Siro – podczas meczu juniorów rozgrywanego w Mediolanie jego drużynie podyktowano rzut wolny, a wolne (tak samo zresztą jak karne) wykonywał nikt inny, tylko właśnie jedenastoletni wówczas Gigi. Niestety, piłka kopnięta przez Buffona trafiła w poprzeczkę, tym samym niwecząc jedyną jak się okazało szansę w karierze Gigiego na to, by pokonać na San Siro bramkarza rywali.

Między słupki trafił dopiero mając 12 lat. Spory wpływ miał na to niczego nieświadomy Thomas N’Kono, bramkarz reprezentacji Kamerunu podczas Mistrzostw Świata w 1990 roku. To właśnie jemu i jego reprezentacji postanowił kibicować młody Gigi… choć powód do tego nie był zbyt oczywisty. „Kamerun ujął mnie między innymi tym, że karty z piłkarzami owej drużyny były inne niż te z reprezentantami pozostałych krajów. Na jednej karcie umieszczano pod dwóch piłkarzy Kamerunu – tak jak w przypadku mniej ważnych piłkarzy z Serie B. Uważałem to za bardzo niesprawiedliwe. No i te czarne twarze i frotowe ubrania – było mi ich żal, kiedy pomyślałem, jak musi być im gorąco. Zacząłem więc im kibicować”

Sam N’Kono to bardzo ważna postać w życiu Buffona – znał go już wcześniej z gry w Espanyolu, który w 1987 roku wyeliminował z Pucharu UEFA Milan prowadzony przez Arrigo Sacchiego. Przez lata N’Kono był piłkarskim idolem włoskiego bramkarza, do tego stopnia, że Gigi postanowił na jego cześć dać swojemu synowi na imię Thomas. Na zmianę pozycji Gianluigiego namówił tata, Adriano. Zasugerował mu, by spróbował się w tej roli przez rok, a zafascynowany N’Kono Buffon uznał, że to nienajgorszy pomysł. Dziś wiemy, że to chyba najlepsza decyzja jaką słynny Włoch podjął w swoim życiu.

Buffon, mimo początkowych problemów (trenerzy delikatnie sugerowali mu, by jednak rozważył powrót do gry w polu) dość szybko odnalazł się w nowej roli. Radził sobie między słupkami na tyle dobrze, że już po roku zainteresowali się nim wysłannicy Milanu, Bologni i Parmy. O ile Bologna nie była do końca przekonana co do umiejętności Buffona, o tyle Milan i Parma były zdeterminowane by ściągnąć do siebie młodego bramkarza. Włoch podjął decyzję, która wielu wydałaby się dość kontrowersyjna. Nie dał się skusić wielkiej historii Milanu, w którego barwach grały największe piłkarskie sławy. Zamiast do pięknego Mediolanu postanowił udać się do Parmy, gdzie dopiero rozpoczynała się przygoda z Serie A. Przygoda, której ważnym uczestnikiem z czasem miał stać się także on.

Per Parma ad astra

Warto chyba w tym momencie zaznaczyć, że zmiana pozycji w wieku 12 lat mogła mieć kluczowe znaczenie w rozwoju młodego piłkarza. Po pierwsze, kilka lat gry w pomocy z pewnością miało pozytywny wpływ na jego umiejętność gry nogami po przejściu między słupki. Po drugie, Buffon nigdy nie przeszedł typowego szkolenia technicznego dla bramkarzy. Sam przyznaje, że jego styl wykształcił się sam. Gigi nie myśli o tym, jak powinien obronić, czy powinien wyjść do wrzutki etc. On po prostu reaguje, oddaje się podświadomości. Stawia na instynkt, wyjątkowy zmysł do bronienia, swój unikalny talent. Widać to doskonale w tej akcji z Euro 2008, gdzie bez najmniejszego problemu odruchowo obronił strzał oddany już po gwizdku sędziego. Dokonał tego z niesamowitą łatwością, jak człowiek, który odgania namolną muchę.

Nie dajcie się oszukać, gdy zobaczycie kolejną wielką paradę Buffona – to nie kwestia treningu, to czysty refleks, wspierany latami pracy nad siłą mięśni, które umożliwiają mu fruwać na całej szerokości i wysokości bramki.

Jednak początki w Parmie wcale nie były różowe. Przekonany o swojej wyjątkowości Gigi dość szybko został sprowadzony na ziemię. Na jeden z meczów sparingowych primavery Parmy udali się członkowie zarządu i sztabu technicznego. Buffon chciał za wszelką cenę pokazać na co go stać, tymczasem zamiast tego wpuścił bardzo głupią bramkę. Schodząc z boiska usłyszał od szefa sektora młodzieżowego klubu, Fabrizio Lariniego, żeby się ogarnął, ponieważ w przeciwnym razie szybko wróci do domu. Te słowa zadziałały na młodego Włocha jak kubeł zimnej wody. Miesiąc później brał udział w turnieju w Molassanie, gdzie młoda Parma zmierzyła się ze swoimi rówieśnikami z Sampdorii, Genoi i Entelli. Crociati wygrali cały turniej, a Buffon w finale nie tylko obronił trzy karne, lecz także sam strzelił jednego. Ostatecznie został wybrany najlepszym bramkarzem turnieju.

W 1993 roku Gigi reprezentował już Włochy w kadrze u-16, z którą udał się na Mistrzostwa Europy rozgrywane w Turcji. To właśnie po tym turnieju nazwisko Buffon przestało być we Włoszech anonimowe. Został bohaterem meczów z Hiszpanią i Czechami – w obu spotkaniach doszło do serii rzutów karnych, a Włoch obronił dwa karne w ćwierćfinale (plus sam wykorzystał karnego) oraz trzy karne w półfinale. Drużyna z Buffonem i Tottim dotarła aż do finału, w którym musiała uznać wyższość rówieśników z Polski, którą reprezentowali wówczas między innymi Szymkowiak, Terlecki, Magiera, Kukiełka i Marcin Szulik, który zdobył jedyną bramkę w meczu. Buffon wspomina tę porażkę jako jedną z najbardziej bolesnych w całej karierze. „Kiedy jesteś młodym chłopakiem, na długo zapamiętujesz cele, których nie udało ci się osiągnąć. Takie porażki bolą dużo bardziej niż te, które ponosisz już jako dorosły”.

Od 1995 roku Buffon został już na stałe włączony do drużyny seniorów Parmy, z którą udał się na tournée po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Swoją szansę dostał dopiero w ostatnim meczu, gdy Parma prowadziła 5:0, jednak lepiej byłoby gdyby tego dnia nie podnosił się z ławki. Wszedł zaledwie na ostatnie dziesięć minut, ale i tak zdążył wpuścić dwie bramki. „Jeśli mecz potrwałby dziesięć minut dłużej, przeciwnicy spokojnie doprowadziliby do remisu. Gdyby ktoś tego dnia powiedział mi, że za kilka miesięcy zadebiutuję w Serie A, to nie tylko bym mu nie uwierzył, ale wręcz uznałbym go za szaleńca”.

Trzeba przyznać, że Buffon zadebiutował w dorosłej piłce dzięki dość szczęśliwemu dla niego zbiegowi zdarzeń. Po pierwsze, Parmę opuścił bramkarz numer dwa, Giovanni Galli, który obraził się na trenera Nevio Scalę za to, że nie wystawił go w meczu Coppa Italia. Po drugie, jego następca Alessandro Nista tuż po przejściu do Parmy doznał poważnej kontuzji. Po trzecie, także pierwszy bramkarz, Bucci, nie mógł grać ze względu na uraz. Scala nie miał wyboru – musiał postawić na nieopierzonego Buffona.

Wiele wskazywało na to, że mecz zakończy się katastrofą. Nie dość, że między słupkami miał wystąpić młokos, to jeszcze rywalem był wielki Milan, w którego ataku występowali tak wspaniali gracze jak George Weah i Roberto Baggio, wspierani przez Savicevicia, Bobana i Donadoniego. Normalny człowiek mając 17 lat dygotałby z nerwów, jednak Buffon do zwykłych ludzi nie należał. „W tygodniu poprzedzającym mecz wychodziło mi dosłownie wszystko. Za każdym razem wchodziłem na boisko bardzo zdeterminowany, skupiony, w ogóle nie popełniałem błędów. Koledzy byli nieco zaniepokojeni. Tym, że zasnąłem w autokarze w drodze na stadion, z pewnością ich nie uspokoiłem”. Gigi nie myślał o przeciwnikach. Miał w głowie tylko jedno – chciał pokazać wszystkim co potrafi jako bramkarz, to była szansa na którą czekał od chwili, gdy dołączył do Parmy.

W trakcie spotkania zaliczył kilka świetnych interwencji, parę razy uśmiechnęło się do niego szczęście, ale ważny był efekt – Buffon zachował czyste konto w swoim debiucie w Serie A. Co ciekawe, Buffon był na tyle skoncentrowany na meczu, że zapomniał o tym, iż przed pierwszym gwizdkiem drużyny zawsze ustawiają się do pamiątkowego zdjęcia. Zamiast dołączyć do reszty kolegów, od razu pognał pomiędzy słupki. Legenda włoskiej piłki, Dino Zoff, powiedział wówczas, że nigdy nie widział, by piłkarz podczas debiutu w Serie A zaprezentował tak wielką jakość i osobowość.

Zagrał później jeszcze w kilku meczach z rzędu, jednak musiał uznać klasę Bucciego i gdy ten wrócił do pełni zdrowia, Buffon ponownie zasiadł na ławce rezerwowych. Niedługo potem ponownie miał okazję zastąpić bardziej doświadczonego kolegę, tym razem jak się okazało – już na stałe. Parma zaliczyła serię kiepskich wyników, przez co w składzie doszło do pewnych przetasowań. „Bucci zapłacił utratą miejsca w bramce nie za błędy swoje, a całej drużyny. To nie on grał źle. Stało się jednak, jak się stało – winnych szuka się zawsze”.

Trudno jednak zaprzeczyć temu, że zmiany przyniosły odpowiednie rezultaty. Parma do samego końca sezonu walczyła o mistrzostwo, choć ostatecznie przegrała wyścig o Scudetto z Juventusem, zaledwie dwoma punktami. Świetna dyspozycja osiemnastoletniego Buffona w lidze nie przeszła niezauważona. Młody bramkarz Crociatich został powołany do reprezentacji i jak się okazało – szczęście ponownie ułatwiło mu wczesny debiut…

Era Buffona w Azzurrich

Pierwsze powołanie do reprezentacji Buffon otrzymał w połowie 1996 roku, jednak na debiut musiał czekać do 29 października. Włosi prowadzeni przez Cesare Maldiniego grali wówczas w Moskwie przeciwko Rosji w ramach barażu o awans na Mistrzostwa Świata we Francji. Kontuzjowanego Peruzziego zastępował w bramce Pagliuca, który już na początku meczu zderzył się z Kanczelskisem i nie mógł kontynuować gry. „Warunki do debiutu w reprezentacji Włoch były chyba najgorsze z możliwych: ważny mecz, paskudny klimat, zimno nie do zniesienia. Gra w bramce Parmy to jedno, ale odpowiedzialność związana z reprezentowaniem całego kraju to już zupełnie coś innego”.

Jednak Gigi nie miał wyboru – bez rozgrzewki (do końca był pewien, że Pagliuca otrząśnie się po zderzeniu i będzie grał dalej), w krótkich spodenkach i koszulce na krótki rękaw wybiegł na zaśnieżone boisko. Poradził sobie ze wszystkimi strzałami Rosjan, lecz zdołał go pokonać… Fabio Cannavaro, jeden z jego największych przyjaciół, z którym grał przez wiele lat nie tylko w reprezentacji lecz także Parmie i Juventusie. Mecz zakończył się wynikiem 1:1, a w rewanżu Włosi zagwarantowali sobie udział w mundialu.

Na Mistrzostwach Świata w 1998 roku we Francji Buffon był jedynie rezerwowym, a Włosi delikatnie mówiąc nie zrobili podczas rozgrywanego we Francji turnieju furory. Maldiniego na ławce Azzurrich zastąpił Dino Zoff, legendarny bramkarz Juventusu, który z miejsca postawił na Buffona. Pod koniec 1998 roku Gigi został pierwszym bramkarzem reprezentacji i jest nim aż po dziś dzień, mimo że minęło już ponad 18 lat.

Jak to określa w swojej autobiografii, wówczas ‘nastała era Buffona’. Jednocześnie rozpoczęły się także jedne z najlepszych lat w historii Parmy, która zdobyła Puchar Włoch, Superpuchar Włoch, grała w Lidze Mistrzów, a nawet zdołała wygrać Puchar UEFA pokonując w finale 3:0 Olympique Marsylia, w którego składzie grali między innymi Laurent Blanc i Robert Pires. Zresztą o klasie ówczesnej Parmy może świadczyć to jakie kariery zrobili jej zawodnicy z tamtych lat, chociażby Cannavaro, Thuram, Veron, Crespo, Chiesa.

Choć Crociati osiągali sukcesy, wiele osób twierdzi, że mieli znacznie większy potencjał, niż to pokazywali. Tego samego zdania jest także Buffon: „Parma między 1998 a 2001 rokiem była niezwykle silną drużyną, która wygrała zdecydowanie mniej, niż na to zasłużyła, biorąc pod uwagę wysiłki zarządu i piłkarzy. Gdybyśmy grali wówczas w koszulkach Juve, wygralibyśmy wszystko. Mam na myśli kulturę zwycięstwa, tradycję oraz poczucie przynależności. Gdyby ktoś z nas miał wtedy więcej doświadczenia i większą pewność siebie, Parma z tamtych lat do dziś byłaby pomnikiem naszych sukcesów”.

Przygoda Gigiego z Parmą nie mogła trwać wiecznie. Był zwyczajnie zbyt dobrym piłkarzem, by wiecznie grać w tak małym, jak na jego możliwości, klubie. Wiele nie brakowało, a trafiłby do ówczesnego mistrza Włoch, Romy, jednak Giallorossi zdecydowali się ostatecznie na Ivana Pelizzoliego. Ściągnięcia Buffona rozważała także Barcelona, do której trafił w końcu Roberto Bonano. Aż pewnego dnia do agenta Buffona, Silvano Martiny, zadzwonił Luciano Moggi. „No i po cholerę włóczysz się po całej Europie? Czekam na ciebie jutro w siedzibie klubu”.

Rozpoczęła się dla Buffona przygoda życia. Przeszedł do Juventusu, klubu, w którym miał spędzić następne kilkanaście lat. Stał się przy okazji najdroższym bramkarzem w historii piłki nożnej i najdroższym wydatkiem w historii Bianconerich – Parma zainkasowała za niego oszałamiające 51 milionów euro.

Juve, storia di un grande amore

Przyjście Buffona do Juventusu było częścią małej rewolucji, do której doszło przed sezonem 2001/2002. Klub opuścili między innymi Zidane, Inzaghi, Kovacević i van der Sar, a w ich miejsce sprowadzono oprócz Gigiego również Thurama, Nedveda i Salasa. Natomiast na ławkę trenerską po nieudanej przygodzie z Interem Mediolan powrócił Marcello Lippi.

Buffon wspomina, że jego początki w Turynie nie należały do najłatwiejszych. Nie potrafił odnaleźć się w nowym mieście, znacznie mniej spokojnym niż Parma. Poza tym traktował przejście do Turynu jak decyzję czysto zawodową – Juve było dla niego po prostu nowym pracodawcą, klubem takim jak każdy inny. Swoją miłość wobec barw zadeklarował dopiero kilka lat później i w przeciwieństwie do wielu piłkarzy zrobił to za pomocą czynów, a nie tylko słów. Także na boisku nie wszystko układało się piłkarzom Starej Damy tak jakby tego chcieli: „Nie grałem najlepiej, zresztą cała drużyna nie błyszczała. Wrócił Lippi, przybyło kilku nowych piłkarzy i nie udawało nam się znaleźć właściwego rytmu, byliśmy jakby zblokowani. Wolałem nie czytać gazet, ale któregoś dnia zebrałem się w sobie i sięgnąłem po jedną. Wystarczył rzut oka na artykuł, by nie czytać dalej”.

Do Juventusu sprowadzono go, by zastąpił Edwina van der Sara, który nie pozostawił po sobie w Turynie najlepszego wrażenia. Wielkie oczekiwania, wywindowane w górę zwłaszcza przez cenę transferu, nie miały dobrego wpływ na dyspozycję psychiczną Buffona, który myślał tylko o tym, by nie zostać najdroższą wpadką transferową w historii klubu. „Problem polega na tym, że grając w bramce Juventusu nie jest łatwo się wykazać, bo rzadko kiedy jesteś pod prawdziwym obstrzałem. Z tego powodu każdy twój błąd liczy się podwójnie. Uratowała mnie wówczas silna wola, przede wszystkim jednak pomogła mi rodzina – tata, mama i siostry”.

Przełamanie nastąpiło w meczu z Lazio, kiedy Buffon obronił cztery groźne strzały i zapewnił Juventusowi remis. Odetchnął i uwierzył w to, że naprawdę jest w stanie poradzić sobie w biało-czarnych barwach. Jakby tego było mało, stało się coś, czego nikt w Turynie się nie spodziewał – dzięki porażce Interu w ostatniej kolejce ligowej (2:4 z Lazio) Juventus zdobył Scudetto już w pierwszym sezonie po przyjściu Buffona.

W kolejnym sezonie, 2002/03, Buffon po raz kolejny został mistrzem Włoch. Nie jest to jednak sezon, który włoski bramkarz wspomina zbyt przyjemnie. Juventus radził sobie wyjątkowo dobrze w rozgrywkach Ligi Mistrzów – w ćwierćfinale wyeliminował FC Barcelonę, a rozegrany w maju 2003 roku półfinałowy dwumecz z Realem przeszedł do historii. W Madrycie zwyciężył Real (2:1), jednak w Turynie Juventus zdołał z nawiązką odrobić stratę i wygrał 3:1, a Buffon zasłużył się broniąc rzut karny wykonywany przez Figo przy stanie 2:0. Włoski bramkarz przyznaje, że właśnie to spotkanie wciąż pozostaje jego ulubionym meczem w barwach Juventusu.

Ostatnia faza Ligi Mistrzów nie była już tak miłym przeżyciem dla piłkarzy i kibiców Bianconerich. W meczu ze względu na zawieszenie za żółte kartki nie zagrał jeden z najlepszych piłkarzy Juve, Pavel Nedved. Finał z Milanem zakończył się wynikiem 0:0, w dogrywce także nie padły bramki i o tym kto zdobędzie trofeum musiały zadecydować rzuty karne. Choć Buffon poradził sobie bardzo dobrze i dwukrotnie triumfował nad strzelającym, to tego wieczora przebił go Dida, który obronił aż trzy jedenastki.

 „Oparty o mur Old Trafford palę papierosa. Kiedy przegrywasz mecz takiego kalibru, mijający czas zabiera ci wszelkie pozytywne emocje, zostawiając jedynie gorycz i rozczarowanie”. Druga szansa na podniesienie pucharu mistrzów Europy przyszła w 2015 roku, jednak wówczas Juventus po raz kolejny musiał uznać wyższość rywala – tym razem Barcelony. „Do dzisiaj jest to największe rozczarowanie, jakie przeżyłem. Jest dla mnie ciężarem, którego nie potrafię się pozbyć. Nic na to nie poradzę, zwycięstwo w Lidze Mistrzów mogło być ukoronowaniem fantastycznego sezonu, a oprócz tego moim osobistym sukcesem”.

Prawdziwe problemy dopiero miały się jednak pojawić. W sezonie 2003/04 Juventus nie zdobył żadnego trofeum, jednak nie to było największym zmartwieniem Buffona. Włoch musiał zmierzyć się z samym sobą, wygrać walkę ważniejszą od każdego meczu, w którym brał wcześniej udział. „Są w życiu chwile, gdy tęsknota za normalnością jest ogromna, kiedy szuka się jej niczym mitycznego kwiatu paproci. Wszystko, co miałeś do tej pory, jakby niknie w oczach, wessane nagle w czarną dziurę duszy. Bywają momenty, gdy pewne zdania, do których do tej pory podchodziłeś z dystansem, stają się boleśnie prawdziwe i nie jesteś w stanie się od nich uwolnić”. Gigi Buffon, człowiek który, jak mogłoby się wydawać, ma wszystko czego można chcieć, popadł w depresję i trafił pod opiekę psychologa.

Trwało to ponad pół roku. Włoch nie był zadowolony ze swojego życia, swojej kariery. Co gorsza, miało to przełożenie na jego formę piłkarską – na treningach nic mu nie wychodziło, był wystraszony, a gdy wychodził na boisko przed meczem, zaczynał się niekontrolowanie trząść ze strachu. Zbliżający się wyjazd na Mistrzostwa Europy w Portugalii napawał go przerażeniem. Na szczęście w porę się otrząsnął i zaczął rozmawiać o swoich problemach z najbliższymi, w końcu trafił pod opiekę psychologa. Ostatecznie poradził sobie z depresją podczas Euro 2004, w trakcie meczu Włochy-Dania zakończonego wynikiem 0:0. „Ów dziwny lęk i niepewność zniknęły w jednej chwili, i to właśnie tam, dokąd tak bałem się jechać. To uczucie nagłego oswobodzenia było niczym niebo przejaśniające się po burzy. Stałem w rzęsistym deszczu, w końcu jednak stanąłem w pełnym słońcu. Kiedy po meczu schodziliśmy do szatni, tylko ja się uśmiechałem”.

Ze względu na brak sukcesów z Juventusem pożegnał się Lippi, a jego miejsce zajął Fabio Capello, z którym Juventus zdobył dwa kolejne Mistrzostwa. Nad Juventusem zebrały się jednak ciemny chmury… Po zakończeniu sezonu 2005/06 rozpoczął się skandal Calciopoli, w którego wyniku drużynie z Turynu odebrano dwa zdobyte Scudetti. „Z niebywałą łatwością odebrano mi część tego kim byłem i kim jestem. Zbyt łatwo – no ale takie właśnie są Włochy. Calciopoli pozbawiło mnie sukcesów, które mogłem osiągnąć w przyszłości, oraz dwóch, które osiągnąłem wcześniej. Przywiązano nas do pręgierza i ukazano opinii publicznej jako winnych. Bez zahamowań, bez jakiegokolwiek szacunku dla ludzkiej prywatności i godności. Bardzo uderzył mnie fakt, że proces odbywał się poza trybunami, a wyroki zapadały jeszcze przed orzeczeniem o winie”.

Problemy klubu nie przeszkodziły zawodnikom Juventusu w rozegraniu doskonałych Mistrzostw Świata w 2006 roku. Na niemieckich boiskach Włosi imponowali świetną defensywą, i doskonałą organizacją gry. Sam Buffon również prezentował się wybornie – dość powiedzieć, że w czasie całego turnieju pokonać zdołali go tylko Zaccardo (samobójcza bramka) i Zidane, z rzutu karnego. Przed startem Mundialu nikt nie postawiłby na pogrążonych w kryzysie Włochów złamanego grosza, a jednak potrafili skoncentrować się na turnieju i dać z siebie wszystko. Kibice Azzurrich do dzisiaj z rozrzewnieniem wspominają zwłaszcza półfinał, w którym Włosi zmierzyli się z gospodarzami turnieju.

W finale Włosi zmierzyli się z Francją, w regulaminowym czasie gry mecz zakończył się wynikiem 1:1, przy sporym udziale Buffona. W rzutach karnych Azzurri wygrali dzięki temu, że Trezeguet trafił w poprzeczkę, choć Gigi śmieje się, że będzie opowiadał wnukom o tym, jak to popularny Treze przestraszył się stojącego w bramce Buffona i dlatego przestrzelił. Włosi zostali Mistrzami Świata, a Gianluigi mógł być z siebie dumny. Choć może nie w stu procentach.

Rzutu karnego nie wykonywał Zidane, który wcześniej opuścił boisko ze względu na czerwoną kartkę. „Byłem jedyną osobą na boisku, która widział jak Zidane uderza Materazziego. Podbiegłem do sędziego liniowego i o wszystkim mu powiedziałem. Fakt, nie był to zbyt sportowy gest z mojej strony, nie w moim stylu – dlatego nie jestem z niego dumny. Spowodowany był zbyt dużą presją, zbyt dobrze grającym Zizou, zbyt trudna sytuacja naszej drużyny i zbyt duża pokusa, by dostał czerwoną kartkę. Nie potrafiłem tego powstrzymać”.

Niestety po udanym Mundialu, przyszedł czas powrócić do dramatycznej rzeczywistości klubowej. Juventusowi odebrano dwa mistrzostwa Włoch, a sam klub zrzucono do Serie B. Jeden z najlepszych bramkarzy świata, a być może nawet najlepszy, mógł grać w drugiej lidze, lub odejść do któregoś z największych klubów Europy. Trudno to zrozumieć, jednak właśnie w tamtym momencie w Buffonie wykształciła się lojalność i wierność wobec Juventusu, wyjątkowa więź łącząca z klubem tylko niektórych piłkarzy.

Co jeszcze dziwniejsze, przed aferą Calciopoli Gigi nosił się z zamiarem opuszczenia Turynu, by szukać nowych bodźców. Gra w Juve przestała być dla niego wyzwaniem, brakowało mu motywacji do dodatkowych wysiłków i dalszej gry. „Mogłem odejść, a byłem pierwszym, który powiedział, że zostanie. Moja biało-czarna podróż od zawodowego obowiązku po prawdziwe przywiązanie do klubu dobiegła końca. Czułem, że to słuszny wybór. Czułem, że nie mogę odwrócić się od pracowników, ani od milionów kibiców Bianconerich na całym świecie. Juventus pomógł mi zostać mistrzem świata i musiałem się wszystkim odwdzięczyć. Dokonałem właściwego wyboru”.

I choć na kolejne Scudetto Buffon musiał czekać aż do 2012 roku, nie opuścił Turynu, pozostał wierny barwom Starej Damy. Nawet wtedy, gdy Juventus dwa razy z rzędu zajmował siódme miejsce w Serie A. Jestem pewien, że pierwszy tytuł zdobyty po relegacji do Serie B musiał Buffonowi smakować wyjątkowo.

Po prostu legenda

Pamiętam, że nie mogłem zrozumieć ceny jaką Juventus zapłacił w 2001 roku za Buffona. Zdawałem sobie sprawę z tego, że jest to zawodnik młody i utalentowany, ale kto normalny płacił taką kasę za bramkarz? Nie do pomyślenia, żeby nie powiedzieć – głupota, marnowanie pieniędzy.

Chyba nigdy nie myliłem się tak bardzo, jak wtedy.

Buffon stał się legendą, symbolem. Z czasem doczekał się przydomków – dla jednych stał się ‘Supermanem’, dla innych ‘Santo’ Gigim, świętym strzegącym bramki Juventusu. Tak jak w Parmie i reprezentacji, tak i w Juve jak tylko zajął miejsce w bramce – już go nie oddał, chyba że zmusiła go do tego kontuzja. Jednocześnie nigdy chyba nie był wystarczająco doceniany za swoje dokonania. Jasne, kibice byli mu wdzięczni, jednak zawsze to inni piłkarzy znajdowali się na świeczniku.

Z oczywistych względów nie mógł nigdy konkurować z Del Piero, choć mam wrażenie, że kibice znacznie bardziej cenili chociażby Trezeguet, czy Nedveda, co może dziwić zwłaszcza w przypadku Czecha. Tylko szaleniec odmówiłby Pavlowi serca do gry, zaangażowania, czy umiejętności, jednak przybył on do Turynu mając aż 27 lat i w porównaniu do Buffona nawet jego zasługi wypadają blado.

Także teraz, gdy ci wielcy piłkarze już na dobre opuścili Turyn, Buffon ciągle jest może nie na drugim planie, ale trochę w cieniu pierwszoplanowych postaci. Mówiąc o mistrzostwach zdobytych przez Conte, kibice przede wszystkim wskazują na role jakie odegrali w końcowym triumfie Pirlo, Vidal, Tevez, czy Dybala bagatelizując wkład bramkarza w te sukcesy. Pamiętam swój pierwszy mecz Juventusu oglądany na żywo – rozgrywki Serie B, mecz wyjazdowy na stadionie Genoi. Buffon obronił wówczas rzut karny i na chwilę stał się niekwestionowanym bohaterem wieczoru, a zgromadzona na Stadio Luigi Ferraris grupa kibiców Bianconerich była w tamtym momencie gotowa przychylić mu nieba.

Jednak potem gola z rzutu wolnego strzelił Pavel Nedved i to właśnie o tej bramce, dającej Starej Damie remis, mówili wszyscy po meczu. Obroniony rzut karny, choć równie ważny, momentalnie stracił na znaczeniu. Przegrał z magią zdobytej bramki.

Nigdy nie zdobył Złotej Piłki, choć raz był bardzo blisko. Powtórzyłby wówczas wyczyn Lwa Jaszyna, póki co jedynego w historii bramkarza, który w 1963 roku został nagrodzony Złotą Piłką. Niestety, w 2006 roku Buffon przegrał rywalizację z Fabio Cannavaro, jednym ze swoich największych przyjaciół. „Wygrał jeden z nielicznych piłkarzy, z którymi utrzymywałem kontakt także poza boiskiem, mój przyjaciel. Człowiek, z którym wiąże mnie szczególna więź. Dobrze się stało, że to właśnie jemu przyznano Złotą Piłkę, nawet jeśli ja nigdy nie będę miał już okazji jej zdobyć”. Na pocieszenie, jest jedynym w historii bramkarzem, który został wybrany piłkarzem roku UEFA.

Czy jest najlepszym bramkarzem w historii piłki nożnej? Być może. Z pewnością na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat nie było bramkarza, który utrzymałby taką regularność w swojej grze. Zawsze gdy któregoś bramkarza wystawiano na piedestał, niezależnie od tego czy był to Cech, Casillas, van der Sar, czy De Gea, porównywano go właśnie z Buffonem.

To on przez te wszystkie lata był niezmiennym punktem odniesienia. Możliwe, że w niektórych momentach Buffon faktycznie odstawał od chociażby Casillasa, jednak biorąc pod uwagę całą karierę obu wspaniałych bramkarzy nie mam wątpliwości, że to Buffonowi należy się tytuł lepszego. Za bycie najlepszym, lub jednym z najlepszych przez ponad piętnaście lat.

Osobiście nie jestem w stanie wskazać żadnego piłkarza poza Alessandro Del Piero, który w XXI wieku tak wiele dał Juventusowi. 15 sezonów w Turynie, 612 meczów, w tym prawie 500 w rozgrywkach. A licznik wciąż bije i nic nie wskazuje na to, by miał się w najbliższym czasie zatrzymać. Czy w trakcie kariery zdarzało mu się zawalać bramki? Jasne, jak każdemu innemu bramkarzowi. Różnica pomiędzy każdym, a Buffonem jest taka, że robił to wyjątkowo rzadko. Częściej swojej drużynie mecze wygrywał, niż przegrywał. I choć kilka razy twierdzono już, że Buffon się skończył, on zawsze wracał do doskonałej dyspozycji.

Piątkowe spotkanie przeciwko Albanii będzie jego tysięcznym oficjalnym meczem w karierze. Mimo 39 lat nadal stoi na straży bramki Juventusu oraz reprezentacji Włoch i prawdopodobnie zostanie pierwszym w historii piłkarzem, który był ze swoją reprezentacją na sześciu mundialach. Na tym prawdopodobnie zakończy się jego kariera w kadrze, jednak nie jest powiedziane, że na rosyjskich boiskach zagra swoje ostatnie mecze.

Co prawda jego kontrakt z Juve kończy się właśnie w 2018 roku, jednak sam przyznał, że być może nie jest to jego ostatnia umowa z turyńskim klubem. „Powiedzmy, że jestem w miarę przekonany, że zakończę karierę po Mistrzostwach Świata w Rosji. Jest tylko jedna szansa na to, że rozegram kolejny sezon i wiem o niej tylko ja i Andrea Agnelli, lecz to mało prawdopodobne”.

U większości zbliżających się do czterdziestki piłkarzy zakrawałoby to na niezbyt śmieszny żart. Jednak Buffon mimo upływu lat wciąż utrzymuje doskonałą formę – w marcu 2016 roku pobił 22-letni rekord rozegranych minut bez wpuszczenia bramki – i trudno byłoby wskazać bramkarza, który byłby w zasięgu Juventusu i już teraz mógłby zagwarantować drużynie z Turynu ten sam, od lat niezmiennie wysoki, poziom. Podczas meczu z Sampdorią Włoch pobił 56-letni rekord należący do Giampiero Bonipertiego i stał się piłkarzem, który w barwach Juventusu rozegrał najwięcej minut w Serie A.  Jest żywą legendą nie tylko Juventusu, nie tylko Włoch, ale całej światowej piłki.

Jednak mimo tych wszystkich rozegranych meczów, zdobytych tytułów i pobitych rekordów, wciąż brakuje mu jednego triumfu. W jego piłkarskiej duszy wciąż istnieje przestrzeń, która domaga się wypełnienia. „Zastanawiałem się co popycha mnie do tego, by dalej grać. Motywuje mnie wewnętrzna walka, gdybym wygrał Ligę Mistrzów, to byłbym pusty. Myśl o wygranej w tych rozgrywkach dalej mnie napędza…”.

Michał Borkowski

(wspomnienia Buffona zaczerpnięte z jego autobiografii „Numer 1”, wydanej przed wydawnictwo SQN)

2 thoughts on “Człowiek, który urodził się, by latać między słupkami

  1. Legenda. Kluczowy piłkarz Juventusu Lippiego, Capello, Conte i Allegrego. W 2006 miał odejść do Milanu ale nie chciał odchodzić po Calciopoli. Nie byłoby pierwszego scudetto Conte bez niego.
    Ja też się pomyliłem – w 2011 byłem mocno za tym żeby sprzedać Buffona do City, zostawić Storariego i odbudować drużynę… Jak to dzisiaj brzmi 🙂
    https://www.youtube.com/watch?v=ehKeCsutik8 – to moim zdaniem jego najlepsza interwencja. Nieprawdopodobny refleks.
    Mam tylko nadzieje że odejdzie póki jeszcze będzie wielki, a nie będzie rozmieniał się na drobne w MLS czy innych klubach.

Komentarze są wyłączone.