Bordowy motyl, któremu odcięto skrzydła

15 października 1967 roku. Jest wieczór, a te w piemonckim Turynie bywają dość chłodne. Mimo to Gigi Meroni i Fabrizio Poletti, piłkarze Torino, wybrali się na miasto. Są w doskonałym nastroju, tego dnia rozprawili się na boisku z Sampdorią, wygrywając aż 4:2. Zazwyczaj po spotkaniach zawodnicy Granaty spędzali noc w ośrodku treningowym, jednak tym razem w ramach nagrody otrzymali wolne. Meroni, prawdziwy lekkoduch, zapomniał wziąć ze sobą kluczy i postanowił zadzwonić z będącego po drugiej stronie ulicy Corso Re Umberto baru do swojej partnerki. Chwilę później spokojny, cichy wieczór zakłóciły piski opon i dwa potężne huknięcia.

Tak zakończyło się życie Gigiego Meroniego. Legendy Torino i jednego z najbardziej ekscytujących włoskich piłkarzy tamtych czasów.

W latach sześćdziesiątych Włochy znacznie różniły się od obecnych. Był to kraj katolicki, wyjątkowo konserwatywny. Meroni zupełnie do tamtych czasów nie przystawał – uosabiał wolność, niezależność i indywidualizm, zarówno w codziennym życiu, jak i na boisku. Jego charakterystyczną cechą były ekstrawaganckie ubrania, przedziwne kapelusze – podobno sam je projektował i tłumaczył krawcom jak mają je dla niego uszyć. A do tego ciemne okulary, bujna, czarna czupryna i sportowe samochody. W skrócie – wizerunek gwiazdy kina.

Dziś brzmi to idiotycznie, ale wówczas styl Meroniego był uznawany za równie kontrowersyjny, co obecnie zachowania Mario Balotellego. W pewnym momencie jego włosy stały się głównym tematem rozmów we Włoszech, a po tym jak w 1963 roku powołano go do reprezentacji ‘B’ zmuszono go, by je ściął. Był typowym bon vivantem, czerpał z życia pełnymi garściami, za co zresztą często był krytykowany. Dopiero kilka lat później nastąpiła we Włoszech rewolucja kulturowa i społeczna, która ukształtowała zupełnie inne młode pokolenie, wzorujące się między innymi na Meronim.

Włoch był niezwykłym człowiekiem pod praktycznie każdym względem. Nie ograniczał swojego życia do piłki, w wolnym czasie oddawał się swojej drugiej pasji – malarstwu. Kilka lat po śmierci doczekał się nawet wystawy swoich dzieł. Nawet jego miłość była nietypowa – zakochał się w młodej Cristinie Understadt, Włoszce o polskich korzeniach, z którą żył na kocią łapę. Już samo to byłoby powodem do niezadowolenia dla konserwatywnych Włochów i sporym skandalem, a sytuację pogarszał fakt, że była ona mężatką. Przez jakiś czas Meroni udawał nawet, że Cristina była jego siostrą – tak przedstawił ją chociażby legendarnemu, znanemu z przykładania wielkiej uwagi do dyscypliny trenerowi Nereo Rocco. Rocco, choć uwielbiał boiskowe popisy Meroniego, również nie przepadał ze jego stylem życia – nazywał go ‘pieprzonym Beatlesem’.

Zakochani poznali się i byli ze sobą gdy Understadt była jeszcze panną. Jednak rodzice młodej Cristiny bez jej zgody wydali ją za filmowca, który zakochał się w niej podczas kręcenia filmu Federico Felliniego, Boccaccio 70. Jego uczucie okazało się jednak tylko zauroczeniem, namiętność szybko ustąpiła, a on pozwolił swojej żonie wrócić do Meroniego, który od tamtej pory starał się o anulowanie małżeństwa. I w końcu, po kilku latach prób, Cristina dostała pozwolenie – niestety dopiero w dniu śmierci swojego prawdziwego ukochanego…

Historia jak z rzewnego filmu romantycznego, mająca jeszcze jeden ciekawy element. Meroni, zakochany w Understadt i malarstwie, wielokrotnie próbował namalować swoją ukochaną. Niestety nigdy nie był w stanie namalować jej w pełni, zawsze dochodził do wniosku, że nie potrafi oddać na płótnie piękna jej oczu. Zmazywał je więc za każdym razem i próbował od nowa. W chwili jego śmierci portret pozostał niedokończony, tak jak ich związek, którego nie zdążyli przypieczętować przysięgą małżeńską.

Jednak Meroni ponad wszystko był piłkarzem – i to wyjątkowym. Wybił się grając w barwach Genoi, gdzie przydarzył mu się największy skandal związany bezpośrednio z futbolem – nie pojawił się na kontroli antydopingowej, co tłumaczył tym, że wypadła mu ona z głowy. Problem w tym, że na kontroli zjawiło się trzech innych piłkarzy, w których krwi wykryto amfetaminę. Meroniemu się upiekło – dostał zaledwie pięć meczów zawieszenia, a potem trafił do Torino. I tam rozpoczęła się jego prawdziwa piłkarska przygoda.

Torino wychodziło wówczas z cienia Supergi, katastrofy lotniczej, w której zginęła cała drużyna Granaty. A Meroni szybko stał się najjaśniejszą gwiazdą turyńskiego zespołu. Tak jak w życiu, tak i na boisku daleko było mu do bycia jednym z wielu. Był chudy, szybki i absolutnie pozbawiony sztampy. Grał w sposób nieprzewidywalny i nie do podrobienia przez innych piłkarzy. Cechowała go na boisku anarchia, brak zasad i powtarzalności. Jego dryblingi były wręcz poetyckie, zupełnie nietypowe –  rajdy Meroniego prawym skrzydłem wprawiały w popłoch nawet najlepszych obrońców rywali, a włoscy defensorzy należeli wówczas do jednych z najlepszych na świecie.

Dzięki swojemu stylowi zaczął być nazywany przez kibiców la farfalla granata, bordowym motylem. Na boisku był zwiewny, wręcz niemożliwy do złapania. Niczym motyl nagle zmieniał kierunek i uciekał tym, którzy chcieli go zatrzymać. Sam tak starał się przedstawić swój styl gry:

Dla mnie drybling to rzecz bardzo osobista, jest instynktowny, to kwestia chwili… te ruchy które wykonuję biegnąć na bramkę, nigdy nie jestem później w stanie ich sobie przypomnieć. Nie potrafię wyjaśnić na czym polega mój sekret, ponieważ naprawdę sam tego nie wiem.

Zresztą, zobaczcie sami. Styl gry trudny do opisania.

Najsłynniejszą akcją w karierze wykonał w meczu z Interem. A był to nie byle jaki Inter, w niczym nie przypominał obecnych Nerazzurrich. Wówczas piłkarze z Mediolanu byli jedną z największych sił włoskiego futbolu, przez ponad trzy lata nikt nie był w stanie ich pokonać na własnym stadionie. Aż w końcu zrobił to Meroni, który delikatnie, z pietyzmem godnym artysty, umieścił piłkę w samym okienku bramki Interu.

W reprezentacji jednak kariery nie zrobił, choć kto wie – gdyby pożył dłużej, być może zdołałby odcisnąć piętno na historii Azzurrich. Z pewnością przeszkadzał mu wizerunek, uważano go za włoskiego Georga Besta, choć to krzywdzące porównanie – Meroni stronił od używek, nigdy nie nadużywał alkoholu. Gdy w 1965 roku powołano go na mecz eliminacji Mistrzostw Świata z Polską ponownie zażądano, by ściął włosy – tym razem jednak odmówił. Mam nadzieję, że nawet z długimi włosami dam radę dobrze zagrać. Wówczas mu się upiekło, jednak przed Mistrzostwami Świata w Anglii selekcjoner Edmondo Fabbri stwierdził, że jeśli ich nie skróci, to nie pojedzie na mundial. Także i wtedy Meroni mu się postawił. Jednak ku rozpaczy genialnego skrzydłowego pewnej nocy Natalino Fossati, jego kolega z drużyny, zakradł się nocą i osobiście zabawił się we fryzjera. I Meroni na mistrzostwa pojechał.

Choć być może lepiej by było, gdyby został w domu – choć dobrze zaprezentował się w meczach sparingowych, strzelając bramki z Bułgarią i Argentyną, to potem wystąpił zaledwie w jednym meczu na mundialu, który Włosi przerżnęli z kretesem. Media zareagowały na to dwojako – jedne twierdziły, że Meroni mógł być tym piłkarzem, który odmieniłby grę Azzurrich, inne za to upierały się, że to jego krnąbrna postawa popsuła atmosferę w reprezentacji, co doprowadziło do ostatecznej kompromitacji.

Jakby tego było mało, latem 1967 roku Meroni stał się powodem kolejnego skandalu, choć w tym wypadku nie miał on na to wielkiego wpływu. Juventus zaoferował Torino za niego 750 milionów lirów, co był na tamte czasy horrendalnie wysoką sumą, której Granata nie mogła odrzucić. Gdy dowiedzieli się o tym kibice Torino, z miejsca wyszli na ulice i urządzili protesty pod domami Agnellego i Pinallego – prezydentów obu klubów. Co więcej, pracownicy fabryki FIATa zagrozili, że jeśli transfer dojdzie do skutku, to urządzą strajk – było to o tyle ważne, że FIAT był blisko związany z familią Agnellich. W obliczu protestów transfer upadł, a Meroni pozostał piłkarzem Torino. Choć, jak miało się okazać, nie na długo…

Niestety historia bordowego motyla z Torino ma smutne zakończenie. Jego kariera tak naprawdę dopiero się zaczynała, miał zaledwie 24 lata. I choć był człowiekiem niezwykłym, to jego życie dobiegło końca w wyjątkowo przyziemny sposób – gdy przechodził przez ulicę w nieoznakowanym miejscu uderzył go jeden samochód, który wyrzucił go pod koła kolejnego, a ten przeciągnął Meroniego po asfalcie przez dobre pięćdziesiąt metrów. W miejscu, gdzie doszło do feralnego wypadku po dziś dzień stoi mały pomnik ze zdjęciem Meroniego, przy którym regularnie kładzione są kwiaty. Kibice Torino nie zapomnieli jeszcze o swoim bohaterze.

Choć Włoch został natychmiast po wypadku odwieziony do szpitala, lekarze nie byli w stanie go uratować. Tak odszedł ukochany piłkarz kibiców Torino i idol młodego pokolenia Włochów. Pod szpitalem natychmiast zebrał się spory tłum, a w gazetach pisano, że płacze za nim cały Turyn. Nawet słynny dziennikarz, Gianni Brera, który nigdy nie przepadał za włoskim skrzydłowym napisał, że Meroni był symbolem wolności w państwie pełnym konformistów. W pożegnalnym wiecu wzięło udział ponad dwadzieścia tysięcy osób, a pogrzeb poprowadził Don Francesco Ferraudo, nieoficjalny ksiądz Torino. Pożegnał on Meroniego w ten sposób:

Gigi był nie tylko ciałem, mięśniami, nerwami… był on także geniuszem, dobrocią, odwagą, zrozumieniem i hojnością. Pogrzeb ten nie spodobał się zwierzchnikom Ferraudo, którzy twierdzili, że takie zaszczyty kościelne nie należą się człowiekowi, który żył w grzechu i rozpuście, a niektóre gazety domagały się, by ksiądz został ukarany.

Na tym jednak nie koniec. W niedzielę po śmierci Meroniego Torino grało derby z Juventusem. Piłkarze i kibice, co zrozumiałe, wciąż byli w szoku. Przed rozpoczęciem spotkania mały samolot rozrzucił na boisku kwiaty – wzdłuż prawego skrzydła, gdzie zazwyczaj swoimi umiejętnościami popisywał się Meroni. Na trybunach panowała przejmująca cisza, przerywana tylko od czasu do czasu okrzykami na cześć Meroniego.

I jak to już bywa w przypadku fascynujących historii, również jej finał stanął na wysokości zadania. Torino wygrało 4:0, co jest ich najlepszym wynikiem w historii derbów – zarówno przed śmiercią Meroniego, jak i po niej. Trzy bramki strzelił Nestor Combin, bliski przyjaciela zmarłego Włocha, który początkowo miał nie wystąpić w meczu ze względu na chorobę. Argentyńczyk płakał po każdym strzelonym golu, a czwartą bramkę dołożył Alberto Carelli, grający z numerem 7. Numerem Meroniego, który nigdy nie wygrał w Derby della Mole…

A co z osobą, która kierowała samochodem, który zakończył życie Meroniego? Także w tym wypadku doszło do niespodziewanego zwrotu akcji, choć trzeba było na niego poczekać do 2000 roku. Bo to wówczas Attilio Romero został prezydentem Torino. Prezydent, który zabił – choć oczywiście przypadkowo – największą legendę w historii klubu. Gdyby ktoś wymyślił taki scenariusz filmowy, to krytycy zniszczyliby go za brak realistyczności…

Film co prawda się pojawił, jednak był on oparty o historię, która naprawdę się wydarzyła. I nadal żyje w sercach kibiców Torino. Dość powiedzieć, że filmową adaptację nakręcono w 2013 roku, 46 lat po tym jak Meroni w tragicznych okolicznościach zakończył swoją karierę i życie.

Jednak być może nawet bardziej niż film porusza pewna piosenka, zadedykowana pamięci Meroniego.

Il „Circo del Pallone” piange la fine del suo talento più splendente, perdonandogli stranamente, di aver sbagliato un dribbling tanto importante

‚Piłkarski cyrk’ opłakuje koniec swojego najjaśniejszego talentu, wybaczając mu, że nie udał mu się tak ważny drybling.

Bo choć Meroni z niesamowitą łatwością mijał na boisku rywali, to przegrał swój najważniejszy drybling w życiu. Nie zdołał uniknąć nadjeżdżającego samochodu…

MICHAŁ BORKOWSKI