Perła i dusza Dalmacji, która nie ugięła się przed faszystami

Chorwacja to dziś raj dla turystów. Świetny klimat, piękne morze i jeszcze piękniejsze kobiety. Aż trudno uwierzyć, że wcale nie tak dawno temu miejscu bliżej było do piekła, w którym serwowano kule z karabinów zamiast drinków, a trup ścielił się równie gęsto, co dziś ciała na plażach prażonych słońcem. Były to dla wszystkich, w tym dla kibiców i ich klubów, czasy ciężkie, choć jednocześnie z perspektywy czasu – także ciekawe. A ponad wszystkie historie piłkarskie wybija się ta dotycząca Hajduka Split. Klubu, który nie dał się złamać. Nikomu.

Znaczenie i wpływ Hajduka wykracza daleko poza piłkę nożną. To na Bałkanach polityczny i ideologiczny symbol, klub który w swojej historii dał się poznać z tego, że zawsze walczy o to, w co wierzy. Jego historia jest jednocześnie piękna i smutna, choć tego typu mezalians jest w tych stronach czymś w pełni normalnym i zrozumiałym. Dzieje Hajduka to świadectwo tego, że kiedyś faktycznie istniało czysto romantyczne podejście do idei piłki nożnej, coś co w dzisiejszych czasach futbolu korporacyjnego jest ciężkie do wyobrażenia.

Nazwa Hajduk odnosi się do bałkańskich rozbójników, którzy mimo łamania prawa byli uważani za bohaterów i mścicieli ciemiężonego ludu. Ot, taka ichnia wersja Robin Hooda. Podobno nazwę dla klubu wymyślił nauczyciel historii, który twierdził że ten lokalny bohater przedstawiał sobą wszystko to, co najlepsze u ludzi – przyjaźń, umiłowanie do wolności, bohaterstwo, człowieczeństwo i bronienie słabszych. Jeśli to prawda, to ten nauczyciel miał wybitne wyczucie, gdyż ciężko było o lepszą nazwę dla tego klubu.

Historia ta i tak będzie dość długa, przejdźmy więc od razu do czasów, gdy w Hajduku działo się najwięcej. Jednak zanim zajmiemy się losami klubu, potrzebny nam będzie odpowiedni kontekst historyczny. Podczas drugiej wojny światowej Jugosławia, na której terenie znajdował się Split, była w pewnym momencie okupowana przez Włochy i Niemcy. Jak to zwykle bywało w tamtych czasach, po podbiciu kraju zdobywcy ustanawiali nowe rządy marionetkowe, poprzez które sami pociągali za sznurki. Nowopowstałe państewko, o ironicznej nazwie Niepodległe Państwo Chorwackie, zostało utworzone 10 kwietnia 1941 roku. Jego prezydentem został Ante Pavelić, chorwacki nacjonalista i jeden z założycieli Ustaszów, chorwackiego ruchu faszystowskiego i jednocześnie organizacji terrorystycznej, której członkowie doprowadzili do śmierci setek tysięcy obywateli Jugosławii, przede wszystkim Serbów. Ustasze byli fanatycznymi katolikami i nacjonalistami, których celem było stworzenie czystej rasowo Chorwacji, wolnej od Serbów, Żydów i Romów.

Choć niektórzy Chorwaci początkowo wierzyli w to, że faktycznie będą mieli własne, niepodległe państwo, to szybko na jaw wyszło, że ich marzenia okazały się mrzonką. Trochę ponad miesiąc po utworzeniu NPCh Pavelić podpisał z Benito Mussolinim traktat rzymski. Do Włoch włączono praktycznie całą Dalmację, w tym Split, a reszta Chorwacji również miała podlegać władzy Włoch. Chorwaci sprzeciwili się tym zmianom, a Split stał się centrum anty-faszystowskich ruchów. I choć sytuacja wydawała się beznadziejna, mieszkańcy chorwackiego miasta walczyli na tyle, na ile byli w stanie – 63 partyzantów uformowało Prni udarni odred, pierwszy oddział bojowy, i na przestrzeni miesiąca zamordowali dziesięciu czołowych włoskich faszystów rządzących Splitem.

Tyle tytułem krótkiego wstępu, przejdźmy w końcu do piłki nożnej. Hajduk był w tamtych czasach czołową drużyną regionu, jako jedyny klub znajdujący się poza Belgradem i Zagrzebiem zdobywał Mistrzostwo Jugosławii. Nic więc dziwnego, że po zdobyciu władzy nad Dalmacją faszyści postanowili włączyć chorwacki klub do włoskiej Serie A. Przedstawiciele Włoch przybyli do Splitu, jednak już na starcie zostali cierpko przywitani – nikt z lokalnych mieszkańców nie oddał im honoru za pomocą faszystowskiego salutu, za co w normalnej sytuacji mogliby liczyć się z gorzkimi konsekwencjami. Jednak Feruccio Cappiemu, faszyście odpowiedzialnemu za Split, zależało na tym, by nawiązać dobrą relację z mieszkańcami i kibicami, więc przezornie zignorował ten jawny bunt.

Cappi zaoferował Hajdukowi wybudowanie nowego stadionu i wsparcie finansowe, w zamian jednak oczekiwał dwóch rzeczy. Po pierwsze tego, by Hajduk dołączył do rozgrywek Serie A – Włochy miał zagwarantować klubowi darmowe przeloty na mecze wyjazdowe. Po drugie, domagał się by klub zmienił nazwę na AC Spalato. Wówczas zarząd klubu pokazał, że klubowe motto, Kontra mraku, kontra sili, to nie tylko zlepek słów. Przedstawiciele Hajduka postawili się ciemności i sile i bez wahania odrzucili propozycję faszystów. Oczywiście ich reakcja nie została miło przyjęta we Włoszech. Faszyści postanowili wprowadzić rozporządzenie delegalizujące wszelki stowarzyszenia nie będące powiązane z Narodową Partią Faszystowską, jednak zarząd Hajduka zdołał ich ubiec – klub został dobrowolnie rozwiązany. W obawie przed tym, że faszyści postanowią przejąć wszystko co należało do Hajduka, trofea i inne wartościowe rzeczy zostały schowane wewnątrz pieca w cukierni należącej do jednego z byłych piłkarzy klubu, Ante Kesicia. I przeleżały tam przez wiele lat.

W obliczu negocjacyjnej klęski faszyści postanowili utworzyć w Splicie własny klub, jednak także w tej kwestii napotkali spore problemy. Nie byli w stanie zebrać składu – wszyscy zawodnicy grający wcześniej w barwach Hajduka, mimo gróźb i prób przekupstwa, odmówili dołączenia do nowej drużyny. Nie udało im się także nakłonienie do współpracy drugiego ze splickich klubów, RSD Split. I nic w tym dziwnego – RSD zostało utworzone w latach 20-tych przez anarchistów, którzy na tyle nienawidzili faszystów, że zorganizowali nawet ekspedycję wolontariuszy, którzy mieli dołączyć do sił anty-faszystowskich walczących w Hiszpanii. Nigdy jednak nie dotarli oni do Hiszpanii – wszyscy Chorwaci, wśród których było trzynastu piłkarzy RSD, zostali złapani na obrzeżach Splitu i zastrzeleni przez Ustaszów.

Ludzie związani z Hajdukiem nie byli aż tak radykalni w swoich poglądach i działaniach, jednak również nie mieli zamiaru współpracować z Włochami. Jednym z wyjątków był Frane Matosić, wówczas najlepszy zawodnik drużyny ze Splitu, który pokornie przeniósł się do Italii. Nikt jednak nie miał do niego przesadnych pretensji, ponieważ nie zrobił tego z własnej woli – Matosić został zastraszony przez faszystów. Wraz z całą rodziną był na liście osób, które miały zostać przeniesione do obozu koncentracyjnego na wyspie Lipari, gdzie był już brat Matosicia, którego faszyści oskarżyli o działalność wywrotową. Jedynym sposobem w jaki Chorwat mógł uniknąć strasznego losu dla siebie i swojej rodziny było przeniesienie się do Włoch. Tam dołączył do występującej w Serie A Bologni, w której barwach występował przez jeden sezon, podczas którego został najlepszym strzelcem drużyny. Zdobył 13 bramek, co było świetnym wynikiem biorąc pod uwagę to, że wcześniej przez rok nie grał w piłkę. Swoje przywiązanie do Chorwacji udowodnił krótko później, gdy przekradł się do kraju i razem z innymi piłkarzami doprowadził do odbudowy Hajduka.

W 1943 roku Split, po kapitulacji Włoch, został odbity przez siły Josipa Tito, a tysiące mieszkańców miasta postanowiło dołączyć do jego Narodowej Armii Wyzwoleńczej. Jednak już kilka tygodni później miasto zostało ponownie przejęte, tym razem przez Niemców i oddane we władzę Ustaszom, którzy dołączyli go do swojego marionetkowego państwa. Wówczas władze z Zagrzebia zaczęły nakłaniać przedstawicieli nieistniejącego Hajduka do tego, by ten został odtworzony i dołączył do rozgrywek ligi chorwackiej, jednak spotkali się oni, tak jak wcześniej Włosi, ze stanowczą odmową. Klub ze Splitu nadal pozostawał jedynie wspomnieniem, swego rodzaju symbolem opresji ze strony najeźdźców. Dowodem na to, że wcale nie trzeba podporządkowywać się władzy agresorów, nawet jeśli nie jest to łatwe i bezpieczne.

W tamtych czasach w regionalnych oddziałach partyzanckich znajdowało się wielu piłkarzy, którzy występowali przed wojną w barwach Hajduka i innych lokalnych zespołów. To właśnie dzięki nim w końcu odrodził się Hajduk – i to na warunkach Chorwatów, a nie obcych., choć trzeba przyznać że spory wpływ na jego odrodzenie mieli także… Brytyjczycy. Konkretnie brytyjscy żołnierze, mający fioła na punkcie piłki nożnej. Mniej więcej w tamtym czasie armia brytyjska zaczęła czynnie wspierać poczynania Narodowej Armii Wyzwoleńczej Tito. Na Bałkany wysłano oddziały wojskowe Aliantów, a w okolicy okupowanego Splitu, na wyspie Vis, zbudowana została baza marynarki wojennej i lotnisko wojskowe. Na Vis stacjonowali między innymi właśnie piłkarze, którzy niedługo mieli doprowadzić do odbudowania Hajduka. Chorwaccy piłkarze i zakochani w piłce żołnierze – możecie się domyślić do czego to doprowadziło.

Już na początku 1944 roku w bazie wojskowej odbywały się regularne rozgrywki, w których prym wiedli byli piłkarze Hajduka, RSD i dwóch innych lokalnych klubów – a wśród nich między innymi Frane Matosić, który uciekł do Chorwacji od razu po tym, jak upadł reżim Mussoliniego. Razem stworzyli drużynę piłkarską – jedwabne spadochrony przerobili na koszulki, a od brytyjskich żołnierzy otrzymali buty do gry. Był to swego rodzaju chichot historii, ponieważ ponad sto lat wcześniej swoje pierwsze mecze drużyna Hajduka rozgrywała właśnie z przybywającymi do portu brytyjskimi marynarzami. Mieli oni zresztą duży wpływ na rozwoju drużyny ze Splitu – tłumaczyli chorwackim piłkarzom niuanse gry, a tradycją stało się, że Hajduk nie odmawiał w późniejszych latach kolejnym drużynom marynarzy, którzy chcieli się z nim zmierzyć.

Szybko okazało się, że choć brytyjscy żołnierze uwielbiają grać w piłkę, to jednak zdecydowanie odstają od profesjonalnych chorwackich zawodników – nawet jeśli ci mieli paroletnią przerwę w grze. W takich warunkach na nowo powstał Hajduk Split, drużyna na wygnaniu. Alianci wraz z przedstawicielami Narodowej Armii Wyzwoleńczej doszli do wniosku, że Hajduk może stać się swego rodzaju reprezentacyjną drużyną jugosłowiańskiego ruchu oporu. Za skompletowanie nowej drużyny był odpowiedzialny Sime Poduje, były skrzydłowy reprezentacji Jugosławii i Hajduka, który był także członkiem zarządu splickiego klubu. Wysłano ‘powołania’ dla piętnastu kolejnych piłkarzy-żołnierzy, rozesłano także listy do kwater głównych ruchu oporu, w których proszono o poinformowanie w razie gdyby mieli w swoich oddziałach utalentowanych zawodników. Po dziewięciu dniach przepełnionych marszem, skradaniem się i ukrywaniem przed żołnierzami wroga, nowi zawodnicy zdołali dotrzeć do statku, który zabrał ich na wyspę Vis. Wówczas wydarzyło się to, na co przez ponad trzy lata czekali kibice i piłkarze – oficjalnie ogłoszono odrodzenie Hajduka Split.

I choć może to brzmieć absurdalnie, mimo trwającej wojny gracze Hajduka udali się na południe Włoch, by przeprowadzić tam zgrupowanie piłkarskie. Rozpoczęli regularne treningi, rozgrywali mecze towarzyskie i przygotowywali się do serii międzynarodowych meczów. Pierwszym rywalem była drużyna złożona z najlepszych piłkarsko brytyjskich żołnierzy, a zadanie jej uformowania przypadło Stanowi Cullisowi, który przed wojną występował dla Wolverhampton Wanderers i reprezentacji Anglii. Wszyscy zawodnicy, którzy zostali powołani do jego drużyny byli wcześniej profesjonalnymi piłkarzami w Anglii – grali między innymi dla Manchesteru City, Arsenalu i West Bromwich. Znalazł się wśród nich także Tom Finney, nikomu nie znany piłkarz, który został powołany do armii tuż po tym jak podpisał swój pierwszy profesjonalny kontrakt – nie zdołał wystąpić w żadnym meczu przed wybuchem wojny. Jednak po jej zakończeniu został legendą Preston North End, w którego barwach wystąpił ponad czterysta razy, godnie reprezentował także Anglię, dla której strzelił trzydzieści bramek. Był tak wybornym graczem, że gdy słynny Bill Shankly został zapytany o to jak jedna z gwiazd ligi angielskiej wypada na tle Finneya, który sporo wcześniej zakończył karierę, odparł: – Tak, jest równie dobry, co Tom – tyle, że Tommy ma już prawie sześćdziesiąt lat.

Na stadionie w Bari zgromadziło się ponad 40 tysięcy kibiców, którzy w czasie przerwy wzięli udział w zrzutce pieniędzy na rzecz poszkodowanych w działaniach wojennych partyzantów. Mecz zakończył się deklasacją – Hajduk przegrał aż 7:2, choć tego samego roku dostał szansę rewanżu. Wówczas to Chorwaci byli górą – wygrali 1:0, a jedyną bramkę strzelił nie kto inny, jak Frane Matosić. I choć było to przyjemne zwycięstwo, to dla kibiców i piłkarzy Hajduka co innego było wtedy najważniejsze – mecz odbył się w odbitym z rąk najeźdźców Splicie. Wojenne wojaże Hajduka nie zakończyły się jednak na meczu w Bari – chorwaccy piłkarze zwiedzili kawał świata. Rozegrali łącznie 27 spotkań, między innymi w Syrii, Libanie, Egipcie i Palestynie – występowali zarówno przeciwko lokalnym drużynom, jak i reprezentacjom wystawianym przez żołnierzy. I radzili sobie nad wyraz dobrze – z boiska aż 21 razy schodzili jako zwycięzcy.

Po zakończeniu wojny Hajduk wrócił do Splitu, jednak nie był to koniec perypetii tego klubu. Na terenie Jugosławii wznowiono rozgrywki, w których nie wzięły jednak udziału drużyny, które współpracowały z okupantami – wszystkie zostały w ramach kary rozwiązane. Władza nad krajem była w rękach Tito, który tak jak wcześniej włoscy faszyści i Niemcy złożył Hajdukowi ofertę z gatunku tych nie do odrzucenia. Chciał przenieść Hajduk do Belgradu i zrobić z niego klub wojskowy. Hajduk ponownie nie zgodził się na udział w politycznych gierkach, a zamiast niego oczkiem w głowie Tito stał się Partizan Belgrad. Mimo sprzeciwu wobec Tito, klub ze Splitu nie poniósł żadnych bezpośrednich konsekwencji. Ich opór został wybaczony, głównie ze względu na udział ludzi związanych z klubem w ruchu oporu i walce z faszystami, a Hajduk Split ponownie stał się czołowym klubem regionu. Największym wyczynem w historii tego zespołu było zdobycie Mistrzostwa Jugosławii w 1950 roku, ponieważ w trakcie całego sezonu Hajduk nie przegrał ani jednego meczu, czego nie zdołał dokonać nikt ani przed nimi, ani po nich.

Niestety ze względu na swój opór względem wielbienia komunizmu, klub był często ‘ustawiany’ przez władze ligi, które utrudniały mu walkę o mistrzostwo. Jednym z przykładów są chociażby rozgrywki z 1952 roku, gdy Hajduk na zaproszenie Juana Perona udał się na tournee po Ameryce Południowej i wrócił do Chorwacji z opóźnieniem. Władze ligi nie zgodziły się wówczas na przełożenie spotkań ligowych – mecze rozegrano, wystąpili w nich juniorzy splickiej drużyny i jak można się domyślić, przegrali oba z nich. A Hajduk przegrał mistrzostwo na rzecz Crvenej Zvezdy Belgrad, która miała na finiszu rozgrywek dwa punkty więcej. W kolejnym sezonie władze zawiesiły dwóch czołowych piłkarzy Hajduka na ponad miesiąc, a powodem było to, że ci… spóźnili się na zgrupowanie reprezentacji. Jednak chyba najbardziej wymowne było wydarzenie z 1955 roku. Wówczas Hajduk został mistrzem Jugosławii, a jego piłkarzy czekała nie lada gratka – mieli zagrać w pierwszych historycznych rozgrywkach Pucharu Europy. Niestety, nie zagrali. Federacja piłkarska wystawiła do prestiżowego Pucharu Europy drużynę Partizana Belgrad, a Hajduk musiał się zadowolić udziałem w Pucharze Mitropa.

W tamtych czasach powstała także Torcida. I choć nie jest to artykuł o kibicach, to po prostu nie wypada o tych Hajduka nie wspomnieć. Założyli oni Torcidę w 1950 roku i jest to najstarsza zorganizowana grupa kibicowska w historii. W ramach wdzięczności za wkład kibiców w dzieje klub, zarząd postanowił zastrzec numer 12 na koszulkach – ponieważ 12 zawodnikiem Hajduka zawsze byli i zawsze będą kibice.  Ich rozmach widać było chociażby przy okazji obchodów 100-lecia istnienia klubu.

Ot, ówczesna historia tej chorwackiej drużyny w pigułce. Pełna problemów i walki o swoje przekonania. Historia, w której nie zmieniało się tylko jedno – niezależnie od tego kto rządził, Hajduk Split i jego zwolennicy zawsze mieli pod górkę. Mimo tego chorwacki klub nigdy nie dał się pokonać ciemności i sile, z czego jego fani są dumni po dziś dzień. Nie zmienia się także jeden ze sloganów klubu – Hajduk živi vječno.

Mimo ciężkich przejść, Hajduk jest wiecznie żywy.

MICHAŁ BORKOWSKI