Erbstein – przeżył holokaust i stworzył Il Grande Torino

Prowadzone przez Erbsteina Torino nie miało sobie równych we Włoszech. Turyńczycy roznosili wszystkich rywali i aż cztery razy z rzędu zdobywali mistrzostwo kraju. Węgierski trener na nowo zdefiniował metody treningowe i czerpał taktyczne inspiracje z każdej możliwej strony. Według niektórych był nawet prekursorem totalnego futbolu stworzonego przez Rinusa Michelsa. Jednak zanim stał się jednym z czołowych trenerów we Włoszech, musiał najpierw uniknąć śmierci z rąk nazistów.

Erno Erbstein był katolikiem, jednak posiadał żydowskie korzenie – tak samo jak reszta jego najbliższej rodziny. Z tego powodu jeszcze przed startem wojny musiał radzić sobie we faszystowskich Włoszech z dyskryminacją rasową. Przez żydowskie pochodzenie wyrzucono go, jeszcze jako piłkarza, z Vincenzy, a potem usunięto z roli trenera Lucchese – mimo, że był najlepszym szkoleniowcem w historii tego klubu.

Momentem przełomowym był rok 1938 i uchwalenie przez Benito Mussoliniego „Manifestu Rasy”. Włoscy Żydzi zostali pozbawieni obywatelstwa, a także zabroniono im pełnić ważnych funkcji państwowych. Erbstein, krótko po tym jak po raz pierwszy przejął Torino, musiał uciekać z Włoch. Razem z żoną i dwoma córkami udał się do Budapesztu. Jednak także tam nie mógł liczyć na spokój i bezpieczeństwo – w 1944 roku władza na Węgrzech została przejęta przez nazistowskie Niemcy.

Praktycznie natychmiast chwalono dekret o ludności żydowskiej i ustalono, że Żydzi będą nosili na ubraniach żółtą gwiazdę, by wyróżniać się od reszty ludzi. Rozpoczął się węgierski holokaust, w ciągu niecałych dwóch miesięcy SS zdołało zagonić do gett całą żydowską społeczność na Węgrzech, po czym rozpoczęli wysyłanie ich do obozów koncentracyjnych. Do obozów w Polsce w kilka tygodni deportowano ponad 400 tysięcy Węgrów.

Na szczęście dla Erbsteina, naziści zostawili sobie Budapeszt na sam koniec. Węgierski trener zdołał ukryć swoją rodzinę w watykańskim przyczółku, prowadzonym przez Ojca Klindę, jednak sam trafił do obozu przejściowego. Jego jedyną nadzieją było to, że wysportowane, atletyczne ciało byłego piłkarza umożliwi mu delegowanie do obozu pracy i przetrwanie tam do czasu, aż Węgry zostaną odbite przez nadchodzącą armię rosyjską. Sportową sylwetkę dostrzegli także Niemcy, którzy uznali, że przyda się do ciężkich robót fizycznych i wysłali go do oddziału pracującego przy układaniu szyn kolejowych.

Tam uśmiechnęło się do niego szczęście – cudownym zbiegiem okoliczności jednym z Kapo odpowiedzialnych za pilnowanie więźniów okazał się jego były znajomy z czasów pierwszej wojny światowej, gdy Erbstein był oficerem habsburskiej armii. Wówczas węgierski trener był tym, który dowodził, tym razem to Kapo dzierżył w rękach władzę nad życiem i śmiercią Erbsteina. I mimo tego, że po raz ostatni widzieli się ze sobą w 1919 roku, a teraz stali po dwóch przeciwnych stronach i naczelnik obozu nie mógł przejawiać sympatii wobec Żyda, Kapo nie zapomniał o dawnej przyjaźni. Wielokrotnie zabierał Erbsteina na ‘wycieczki’ i umożliwiał mu kontakt telefoniczny z resztą rodziny, a gdy taka eskapada wydawała się zbyt ryzykowna, sam wykonywał telefon i przekazywał wiadomości od swojego byłego oficera.

Sytuacja na Węgrzech uległa jeszcze większemu zaostrzeniu w październiku 1944 roku. Naziści obalili rząd próbujący dogadać się z Rosjanami i obsadzili na jego miejscu partię Strzałokrzyżowców, której liderem był Ferenc Szalasi, zagorzały antysemita. W kolejnych miesiącach zorganizował on w Budapeszcie tak zwane ‘marsze śmierci’, w których Żydzi na piechotę, bez osłony przed zimnem szli w głąb ziem kontrolowanych przez Oś. Podczas takich marszów większość umierała z wycieńczenia, a pozostałych transportowano pociągami do obozów koncentracyjnych. Z każdym tygodniem zbliżała się do Węgier armia rosyjska, a Niemcy przyspieszali plan ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. Erbstein wiedział, że nie ma już wiele czasu.

Razem z czterema innym więźniami i dzięki pomocy swojego przyjaciela Kapo, zdołał uciec z obozu. Co ciekawe razem z nim uciekł Bela Guttmann, węgierski trener żydowskiego pochodzenia, który po wojnie trenował między innymi AC Milan, Sao Paulo, FC Porto i Benficę. Obaj trenerzy spotkali się zresztą po prawie dwudziestu latach, gdy pojechali ze swoimi drużynami na tournée po Stanach Zjednoczonych.

Uciekinierzy rozdzielili się, a Erbstein zdołał spotkać się z żoną i córkami. Przejęli dokumenty innych, martwych, osób i jakimś cudem w komplecie zdołali przeżyć to piekło. A po zakończeniu wojny ponownie udali się do Włoch, a konkretnie do Turynu – gdzie Erno Erbstein wznowił karierę trenerską i stworzył jedną z najlepszych drużyn w historii Włoch, a z pewnością najlepszą w historii samego Torino.

* * *

Grajcie uczciwie, uśmiechajcie się i podawajcie piłkę – piłkarskie motto Erno Erbsteina

* * *

Co do tego, że Erbstein jest świetnym trenerem, nie było we Włoszech wątpliwości. W ciągu zaledwie pięciu sezonów zdołał wprowadzić słabe Lucchese z Serie C do Serie A, co na tyle zaimponowało władzom Torino, że postawili mu dać szansę w silnym włoskim klubie. Niestety dla Węgra, musiał on przedwcześnie opuścić Granatę ze względu na powstałą we Włoszech zawieruchę polityczną.

Jednak mimo tego, że od jego ucieczki z Włoch minęło ponad siedem lat, w Torino nie zapomniano o Erbsteinie i postanowiono dać mu kolejną szansę. Szansę, którą w pełni wykorzystał.

Powiedzieć, że Erbstein sobie w Torino poradził, to nie powiedzieć nic. Węgier jest odpowiedzialny za najlepszy okres w historii turyńskiego klubu. Cztery mistrzostwa z rzędu i kompletna dominacja na boisku, wygrywanie praktycznie każdego meczu na swoim boisku, na którym przez cztery lata Torino pozostawało niepokonane. W jednym z sezonów w 40 rozegranych meczach Granata strzeliła 125 bramek i straciła zaledwie 33. Rywale Torino byli po prostu regularnie masakrowani – podopieczni Erbsteina mieli na koncie między innymi zwycięstwa 10:0 z Alessandrią, 6:0 z Lucchese, czy 7:1 przeciwko Salernitanie. Jednak mecz, który najbardziej świadczył o ich potędze został rozegrany w Rzymie. Wówczas Torino po zaledwie dziewiętnastu minutach prowadziło z Romą już sześcioma bramkami, jednak Erbstein zakazał swoim piłkarzom ostatecznego poniżania rywali. Spotkanie zakończyło się wygraną 7:0, a schodzący z boiska piłkarze Torino otrzymali oklaski na stojąco od zgromadzonej na stadionie rzymskiej publiczności.

Tak powstawała legenda Il Grande Torino.

* * *

Erno Erbstein był boskim nauczycielem. Węgier był jednym z tych ludzi, którzy zdobywają zaufanie za pomocą jednego uśmiechu. Wprowadzał swój system gry w bardzo osobisty sposób i miał wyjątkowy dar wyszukiwania talentów piłkarskich. Udawał się na poszukiwania mistrzów i gdzie nie pojechał, zawsze jakiegoś znajdywał. – Ettore Puricelli, były reprezentant Włoch, który kilkakrotnie mierzył się z Il Grande Torino.

* * *

Erno Erbstein był trenerem wyjątkowym. Jak na tamte czasy – wręcz wizjonerem. Miał manię na punkcie nowinek i innowacji taktycznych, oraz technicznych. Piłkarzy dobierał pod kątem obranej strategii, nie patrząc na nazwiska, tylko konkretne umiejętności i to jak dany zawodnik dopasuje się do kadry. Szukając nowych piłkarz stawiał na tych, którzy byli niedoceniani, a mogli sprawdzić się w nowej roli w jego zespole. Budowanie drużyny było dla niego jak układanie puzzli z poszczególnych piłkarzy i pomysłów.

Do tego stopnia wyprzedzał swoje czasy, że nakazywał drużynie młodzieżowej grać w ten sam sposób i w tym samym ustawieniu, co seniorskie Torino. Pełen profesjonalizm, dziś powszechny, jednak wówczas taki sposób prowadzenia drużyny był czymś kompletnie nowatorskim. Tak samo zresztą jak pomysł zatrudnienia trenera od przygotowania fizycznego – został nim Leslie Lievesley, były angielski żołnierz ze służb specjalnych. On szykował piłkarzy pod względem szybkości, motoryki i wytrzymałości, a Erbstein mógł skupić się na strategii gry.

* * *
Bycie majestatycznym od bycia śmiesznym dzieli tylko jedno podanie. – Erno Erbstein
* * *

Niektórzy twierdzą, że węgierski trener był w pewnym sensie prekursorem futbolu totalnego i miał wielki wpływ na to, jak rozwinęła się europejska piłka. Rozwinął sposób gry znany jako sistema, a jego Torino skupiało się na wykorzystywania wolnych przestrzeni i parciu do przodu, przy – jeśli to tylko było możliwe – jednoczesnym unikaniu gry wszerz boiska. Kluczowe dla Węgra było doskonałe kontrolowanie piłki, krótkie podania i duża mobilność w ofensywie. Jego obrońcy mieli atakować, jego napastnicy mieli bronić. Historycy twierdzą, że to właśnie na grze Torino wzorował się Rinus Michels.

Ponadto Erbstein wprowadził w Granacie wysoki pressing i zaniechał krycia indywidualnego. Czytając o tym jakim był trenerem i jaką filozofią kierował się w piłce nożnej trudno nie mieć wrażenie, że był ówczesną wersją Pepa Guardioli.

Zwłaszcza, że tak samo jak obecny trener Bayernu Monachium, Erbstein uwielbiał czerpać nowe idee z obserwacji tego, jak grają inne drużyny. Syntezował pomysły pozostałych czołowych trenerów z tamtych czasów, choć potrafił wyciągać wnioski nawet z gry drużyn, które dla wielu były nawet wtedy opóźnione w piłkarskim rozwoju. Jako piłkarz występował przez dwa lata w Stanach Zjednoczonych. Pozostali członkowie europejskiego zaciągu wyśmiewali poziom i sposób w jaki grano w piłkę w Ameryce, jednak Erbstein wyciągał wnioski. Jak sam twierdził, dzięki temu doświadczeniu dowiedział się wiele na temat zalet grania długimi piłkami i tego jak radzić sobie w meczach, w których to piłkarze rywala posiadają znaczącą przewagę w piłkarskiej jakości. Tę wiedzę wykorzystał już jako trener Bari – jego zespół jako pierwszy we Włoszech grał z kontrataku, używając długich krzyżowych podań do silnych i szybkich napastników. Kompletne przeciwieństwo sposobu, w jaki potem grało jego Grande Torino.

* * *

Kibice oddawali mu cześć. Gdy wchodził do baru Savoia, bardzo popularnego wśród sportowców, nagle zapadała kompletna cisza. Każdy z uwagą przysłuchiwał się każdemu słowu, które wypowiadał. Posiadał wielką charyzmę i znał się na psychologii, lepiej niż ktokolwiek inny rozumiał charakter, uczucia i sposób myślenia swoich piłkarzy. – Luca Tronchetti, klubowy historyk Lucchese.

* * *

Erbstein połączył w Torino włoską technikę i zwinność z solidnością i siłą angielskiej piłki, czerpał zwłaszcza z taktyki, którą wprowadził w Arsenalu Herbert Chapman. Amadeo Amadei, ówczesny piłkarz Granaty, twierdzi że Węgier w latach czterdziestych wprowadził sposób gry, który na dobre rozpowszechnił się w Europie dopiero po kilku dekadach. Zniósł prosty podział na role piłkarzy występujących na konkretnych pozycjach. Jego piłkarze musieli być wszechstronni i tworzyli symbiozę pomiędzy pozycjami.

O tym jaki poziom osiągnęło pod jego wodzą Torino najlepiej świadczą cztery tytuły mistrzowskie z rzędu, a także sytuacja w której podstawowy skład reprezentacji Włoch składał się czasem nawet z dziesięciu piłkarzy Granaty. W tych latach wyścig po Scudetto miał tylko jednego uczestnika.

Sława o wielkim Torino przekraczała daleko poza granice Włoch. Nawet w najdalszych zakątkach Europy piłkarze Granaty byli napastowani przez łowców autografów, a cała drużyna była regularnie zapraszana na spotkania towarzyskie z czołowymi europejskimi drużynami. Ta sława okazała się jednak także przyczyną ich końca…

* * *

Francisco Ferreira, legendarny piłkarz Benfiki, postanowił zaprosić Torino do zagrania w swoim pożegnalnym meczu na koniec kariery. Mecz odbył się w Portugalii 3 maja 1949 roku, przy trybunach wypełnionych kibicami. Piękne święto, wieńczące piękną karierę. I poprzedzające tragiczny wypadek.

Cała drużyna Torino, wraz z trenerem i resztą sztabu, nagle przestała istnieć. Samolot, którym wracali do Włoch dosłownie kilka minut przed dotarciem do celu uderzył w kościół na wzgórzu Superga. Nie przeżył nikt z pasażerów.

Tak skończyła się wspaniała era Il Grande Torino, a wraz z nią kariery wyjątkowych piłkarzy.

I jednego wybitnego trenera, który wyprzedzał swoje pokolenie.

MICHAŁ BORKOWSKI