Piłkarskie imperia

Wyobraźcie sobie, że grając w Football Managera prowadzicie jednocześnie trzy zespoły. Jednym gracie normalnie, a w pozostałych dwóch stworzyliście sobie farmy, w których ogrywacie i trenujecie młodych piłkarzy, a najlepszych z nich przesyłacie potem do głównej drużyny. Spore ułatwienie, prawda? Niektórzy pewnie uznaliby to także za oszukiwanie. A teraz wyobraźcie sobie, że takie piłkarskie imperia istnieją także w prawdziwym świecie. Zresztą, nie musicie sobie niczego wyobrażać – one istnieją naprawdę.

Pionierzy z Anglii

Pomysłodawcą tworzenia takich imperiów była firma ENIC – English National Investment Group. W latach dziewięćdziesiątych zaczęła ona masowo skupować udziały w klubach piłkarskich w całej Europie i robiła to na naprawdę masową skalę. Na przełomie wieku w swoim portfolio ENIC miało udziały w drużynach takich jak: Tottenham (29,9%), Rangers (25,1%), Slavia Praga (96,7%), AEK Ateny (47%), Vicenza (99,9%) i FC Basel (50%). Idea ENIC była prosta – stworzenie europejskiego imperium piłkarskiego poprzez posiadanie znaczącego klubu z każdego kraju Europy. Cel także nie był specjalnie skomplikowany – chodziło naturalnie o zarabianie forsy.

UEFA zwróciła uwagę na to nietypowe przedsięwzięcie dopiero wtedy, gdy w Pucharze Zdobywców Pucharów w sezonie 1997/98 do ćwierćfinałów dotarły Vicenza, Slavia Praga i AEK Ateny – trzy drużyny należące do tego samego właściciela. Na szczęście nie trafiły one na siebie, a do półfinału awansowała tylko Vicenza, jednak dla UEFA i FIFA było to pierwsze ostrzeżenie. Nietrudno sobie przecież wyobrazić sytuację, w której w kluczowej fazie rozgrywek trafiają na siebie dwa „siostrzane kluby”, a właściciel osobiście decyduje o tym, który zespół ma awansować do kolejnej rundy lub nawet wygrać finał europejskich rozgrywek.

Tęgie głowy pochyliły się nad tym problemem i wymyśliły rozwiązanie. Co prawda ENIC zaproponował wprowadzenie dość enigmatycznego „kodeksu etycznego”, jednak było to za mało dla UEFA, która zabroniła tego, by dwie drużyny mające wspólnego właściciela występowały w tych samych rozgrywkach. W razie gdyby takie kluby awansowały w danym sezonie do Ligi Mistrzów lub Pucharu UEFA, mógłby w nich występować jedynie ten o wyższym współczynniku UEFA.

Po wprowadzonych zmianach ENIC doszło do wniosku, że w takich warunkach ich idea nie ma prawa bytu i pozbyło się udziałów w AEK-u, Basel, Rangersach i Vicenzy, a w 2006 roku także w Slavii Praga. I jak się okazało, był to idealny moment, bo w sezonie 2006/07 Slavia trafiła w Pucharze UEFA na Tottenham, więc gdyby nie została sprzedana, zostałaby z tych rozgrywek wykluczona już na ich starcie.

Zastanawiające, że pomysł na kombinowanie z kupowaniem klubów pojawił się w Anglii już w latach osiemdziesiątych. Co prawda już wtedy niemożliwe było posiadanie więcej niż jednego klubu z tego samego kraju – zasada była prosta, jeśli posiadało się więcej niż 10% udziałów w danym klubie, to w innych można było mieć maksymalnie po 9,9%. Jednak nie powstrzymało to Roberta Maxwella, właściciela Oxford, któremu nie wystarczało posiadanie tylko jednej drużyny. Sprytny Anglik zrzekł się swoich udziałów, przekazał je synowi, a sam wykupił Derby County, do którego od razu ściągnął z Oxford swojego ulubionego piłkarza, Dean Saundersa. Komedia.

Po co tak kombinować i się męczyć?

Cóż, są różne powody posiadania władzy nad kilkoma klubami. Vincent Tan, mający pakiet większościowy w Cardiff City i FK Sarajevo twierdzi, że robi to z dobrego serca. – Chcemy dać piłkarzem z Sarajewa szansę na grę w Cardiff City i Premier League. Mamy zamiar wybudować akademię, która ściągnie najbardziej utalentowanych piłkarzy z całej Bośni i Hercegowiny. Zagwarantujemy im doskonałe warunki do rozwoju i szansę na grę w jednej z najlepszych lig świata.

Innymi słowy Sarajevo ma mu służyć do tego, by zgarniać najlepsze talenty w okolicy i wysyłać je do Cardiff, które jest jego oczkiem w głowie.

Pomińmy więc bajki opowiadane przez prezesów i przejdźmy do konkretów. Po co ludziom władza nad więcej niż jednym klubem:

a. szansa na większe sito – co logiczne, trenując i ogrywając jednocześnie trzydziestu graczy w różnych miejscach, istnieje znacznie większa szansa na wyszkolenie wielkich piłkarzy i odkrycie talentów, niż przy dziesięciu w jednym klubie.

b. szykowanie piłkarzy dla głównego klubu – czołowe kluby Europy nie mogą sobie pozwolić na wystawianie młodych piłkarzy w każdym meczu, a wypożyczanie takich zawodników do obcego klubu to ryzyko, że i tak nie będzie zbyt wiele grał. W końcu każdy woli stawiać na swoich. Tymczasem wysyłając młodzika do własnego, słabszego klubu ma się pewność, że będzie on miał szanse na regularne występy.

c. szykowanie piłkarzy pod zarobek – naturalnie nie każdy tak ogrywany piłkarz będzie w stanie przebić się do najlepszej drużyny, ale i tak będzie w stanie wyrobić sobie markę, a jego wartość rynkowa wzrośnie, dzięki czemu będzie go można sprzedać ze sporym zyskiem.

d. zarabianie na klubie – przykładowo: przez wspieranie Watfordu graczami Granady i Udinese, zwiększa się szansa na to, że Szerszenie awansują do Premier League. A to oznacza bardzo dużą kasę, której właściciel nie byłby w stanie zdobyć we Włoszech lub w Hiszpanii. Do tego jest to spore ułatwienie w rozmowach ze sponsorami – reprezentowanie kilku klubów umożliwia znacznie lepszą pozycję negocjacyjną.

e. ograniczone koszty – mając więcej niż jeden klub, pokrywają się takie kwestie jak chociażby scouting lub know-how. Kilka klubów może jednocześnie korzystać z tej samej siatki scoutów i zgromadzonej wiedzy.

f. przerzucanie piłkarzy do klubu, który bardziej ich potrzebuje – gdy podczas zimowego okna transferowego wiadomo, że drużyna X walczy o awans, a drużyna Y na pewno się utrzyma, a nie ma szans ugrać miejsca premiowanego grą w pucharach.

Kto wie, niektórzy być może planują także dokonywanie wysokich transferów, kupując graczy z klubów-matek, by w ten sposób klub będący wyżej w hierarchii mógł więcej wydawać na transfery, omijając ograniczenia Financial Fair Play.

Biznes to biznes – Imperium Duchataleta

Przejdźmy do konkretów. Czas na przyjrzenie się obecnie funkcjonującym futbolowym imperiom. Największe prowadzi w tej chwili Roland Duchatelet, który jest właścicielem Standardu Liege, Charltonu Athletic, FC Carl Zeiss Jena i AD Alcorcon. Imponujący zestaw? Poczekajcie, to jeszcze nie wszystko.

Był także właścicielem Sint-Truiden, jednak ze względu na zmianę prawa musiał się go pozbyć. I faktycznie to zrobił, ale tylko pozornie, ponieważ sprzedał je swojej partnerce, Marieke Hofte. Jakby tego było mało, poprzez swojego syna zakupił także węgierski Ujpest FC. Innymi słowy – sześć klubów, które w praktyce należą do jednego człowieka. Duchatelet nie jest typowym właścicielem klubu, w niczym nie przypomina chociażby Abramowicza, dla którego Chelsea stała się oczkiem w głowie. On kolekcjonuje kluby tak, jak inni bogacze kolekcjonują drogie auta.

Nie kupuje ich po to, by je odbudować, zwiększyć ich wartość, a potem sprzedać z zarobkiem, nic z tych rzeczy. Duchatelet to futbolowy wizjoner, choć trzeba przyznać, że dość zakręcony, ktoś pewnie uzna nawet, że to świr i będzie w tym sporo racji. Belg jest na przykład wielkim przeciwnikiem agentów piłkarskich, których uważa za szkodników, którzy biorą swoje 10% za nic. Dla niego to profesjonalni kłamcy i naciągacze, bez których kluby piłkarskie radziłyby sobie znacznie lepiej pod względem finansowym.

Mało? Duchatelet ma także kilka innych wizji. Uważa, że wszystkie stadiony powinny posiadać sztuczne nawierzchnie, kobiecy futbol dorówna niedługo męskiemu, a kluby nie powinny kupować piłkarzy, tylko samemu szkolić sobie zawodników. I właśnie w ten sposób zarządza Standardem, do tego z niezłymi wynikami.

Od razu po przejęciu klubu dokonał w nim czystek, sprzedając piłkarzy, którzy już zdołali się wybić. Z Liege pożegnali się między innymi Fellaini, Witsel, Mangala, Jovanović i Defour. Zastąpił ich młodymi, często niedoświadczonymi i anonimowymi piłkarzami, a kluczową rolę w jego wizji pełni akademia młodzieżowa, której wychowankowie regularnie wchodzą do pierwszego składu. Efekty? Standard wygrał w poprzednich rozgrywkach sezon zasadniczy, a w play-offach przegrał mistrzostwo z Anderlechtem zaledwie dwoma punktami.

Kluczowe w jego koncepcji zarządzania klubami są dwie kwestie – hierarchia i zyski. Głównym celem jego futbolowego imperium jest zarabianie – Duchatelet chce udowodnić, że prowadzenie klubów piłkarskich nie różni się od innych biznesów i także może przynosić pieniądze właścicielowi. I tu pojawia się hierarchia, według Belga nie istnieje w jego imperium sytuacja, gdzie jeden klub jest zawsze najważniejszy, a reszta na niego pracuje. Nie ma tu miejsca na emocje i przywiązanie, w grę wchodzi jedynie typowy biznesowy oportunizm – czołowym klubem jest dla niego ten, w który w danym momencie najbardziej opłaca się inwestować, ponieważ daje on szanse na największy zarobek. W tej chwili najwyżej w hierarchii jest Standard Liege, ale już niedługo jego miejsce może zająć chociażby Charlton Athletic. W końcu gdyby The Addicks zdołali awansować do Premier League, to przynieśliby Duchateletowi większe zyski niż wszystkie pozostałe drużyny razem wzięte.

Podejście romantyczno-biznesowe

Giampaolo Pozzo, we Włoszech człowiek-legenda. Jeden z tych ludzi, który w piłce nożnej widzi nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim emocje i uczucia. Jest zakochany w futbolu, a jego pierwszym klubem było Udinese, które kupił w 1986 roku, gdy było na dnie piłkarskim i moralnym – przedstawicieli Zebrette przyłapano wówczas na ustawianiu meczów.

I w przeciwieństwie do wielu innych prezesów, nie jest tylko człowiekiem, który zapewnia zespołowi kasę. On żyje klubem i jego problemami, a w Udinese działa także reszta jego rodziny – w 1993 roku jego syn Gino stworzył jedną z najlepszych na świecie siatek scoutów, której do dzisiaj zazdrości im wiele klubów. I nic dziwnego, bo tak naprawdę to właśnie na niej opiera się funkcjonowanie klubu – ludzie zatrudnieni przez Pozzo przeczesują między innymi całą Amerykę Południową, wyciągają z tamtego regionu najbardziej utalentowanych piłkarzy, rozwijają ich, szlifują i sprzedają z niesamowitym zyskiem. To wielki biznes, który przynosi Udinese spore zyski, a lista piłkarzy odkrytych i rozwiniętych przez Zebrette jest naprawdę imponująca – wysłali oni w świat między innymi Mehdiego Benatię, Alexisa Sancheza, Juana Cuadrado, Antonio Candrevę, Guilherme Siqueirę, Kwadwo Asamoaha, Mauricio Islę i Roberto Pereyrę.

W 2009 roku Pozzo odnalazł kolejny sposób na zwiększenie potencjału Udinese, choć trzeba przyznać, że wykazał się też pewną wrażliwością. Podał pomocną dłoń Granadzie, która była na granicy bankructwa i wszystko wskazywało na to, że klub się rozpadnie. Pozzo przejął hiszpański zespół i wzmocnił go piłkarzami, którzy nie byli w stanie wywalczyć sobie miejsca w składzie Udinese. Efekt? Granada zamiast upaść po raz pierwszy od 22 lat awansowała do Segunda Division, a w 2012 roku dotarła do La Liga, w której nie była od sezonu 1975/76 i póki co gra w niej już czwarty rok z rzędu. Z jednej strony uratował klub, a z drugiej zapewnił sobie idealne miejsce do ogrywania młodych zawodników lub tych, którzy zwyczajnie nie są dość dobrzy, by regularnie występować w Udinese.

I tak mu się to spodobało, że w 2012 roku postanowił przejąć także Watford. Czemu kupił akurat ten klub? Po pierwsze, to drużyna z potencjałem na awans do Premier League, a to jak wiadomo wiąże się z wielkimi pieniędzmi. Po drugie, podobno skusiła go prężnie działająca akademia piłkarska. I mimo tego, że kupował Watford nie mając w planach natychmiastowego awansu, prawie udało mu się to osiągnąć już w pierwszym sezonie – Szerszenie zajęły trzecie miejsce w lidze, jednak przegrały finał play-offów o awans. Doprowadziło to zresztą do sporego oburzenia w Anglii, inni trenerzy narzekali na to, że ciężko o wyrównaną rywalizację z drużyną, która sprowadza sobie za darmo czternastu piłkarzy z lepszych klubów. I trudno się z nimi nie zgodzić – wypożyczony z Udinese Matej Vydra zdobył w tamtym sezonie 22 bramki i został wybrany na najlepszego gracza ligi, a gdyby nie ścisłe koneksje między klubami, Watford nie miałby szans na to, by go do siebie ściągnąć.

Mogłoby się wydawać, że piłkarze rzucani z klubu do klubu, będą mieli problem z aklimatyzacją i nie zbudują więzi emocjonalnych na wypożyczeniu, jednak póki co w Watford nie ma z tym najmniejszych problemów. Co prawda na Pozzo narzeka wielu specjalistów i dziennikarzy, którzy twierdzą, że tworzy nienaturalny wpływ, oderwany od piłkarskiej historii i tradycji, jednak wśród kibiców nie widać niechęci wobec Włocha. Zwłaszcza, że familia Pozzo bardzo dba o to, by mieć z nimi dobre stosunki – piłkarze pojawiają się w szkołach, a drużyna przed sezonem zawsze organizuje otwarty trening i spotkania z kibicami, co cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem. Co więcej, wybudowali nową trybunę wschodnią, której stworzenie przez ponad dwie dekady bezskutecznie obiecywali poprzedni właściciele. Biorąc pod uwagę, że Bassini, od którego kupił Watford został bankrutem, składał kibicom obietnice bez pokrycia, a do tego łamał finansowe regulacje ligi, narażając klub na straty – same plusy.

Do tego Pozzo nie ma zamiaru traktować klubu jak dojnej krowy i nie sprzedaje najlepszych piłkarzy . Regularnie odrzuca świetne oferty chociażby za Troya Deeneya i stara się, by nowi piłkarze zesłani z Udinese identyfikowali się z zespołem. Wychodzi mu to z niezłym skutkiem. Po tym jak piłkarze Watford zagwarantowali sobie miejsce w play-offach, udział w zabawie na ulicach miasta wziął między innymi należący wówczas do Zebrette Fernando Forestieri.

Holenderskie wsparcie dla Chelsea Londyn

Było miło, więc czas teraz na kilka słów o znacznie mniej przyjemnym i przejrzystym procederze. Wszystko wskazuje na to, że Roman Abramowicz postanowił sobie stworzyć drużynę rezerw Chelsea, która występuje w Holandii. Chodzi o Vitesse Arnhem, wykupione w 2010 roku przez Meraba Jordanię. Kim jest Jordania? W świecie wielkiej finansjery – nikim. To były przeciętny gruziński piłkarz, który po zakończeniu kariery został prezesem Dinama Tbilisi, a potem był także prezesem Gruzińskiej Federacji Piłkarski. Co ciekawe wybrał się wówczas na selekcjonera reprezentacji Gruzji, ale poprowadził ją tylko w trzech meczach. Dość szemrany typ, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jako prezes Dinama zdefraudował około 700 tysięcy euro.

Jeśli zastanawia was to w jaki sposób stał się tak majętnym człowiekiem, by było go stać na zakupienie i prowadzenie Vitesse, to nie musicie się nad tym głowić. Wcale nie miał na to kasy. Jordania był tylko twarzą przedsięwzięcia, a prawdziwym kupcem był Aleksander Czigrinski, bliski kolega Abramowicza. Przypadek? Nic z tych rzeczy, osobami odpowiedzialnymi za prowadzenie klubu zostały Marina Granovskaia, prawa ręka Abramowicza i członek zarządu Chelsea oraz Piet De Visser, osobisty doradca rosyjskiego oligarchy i jednocześnie człowiek odpowiedzialny za sprowadzanie do The Blues młodych piłkarzy.

Po przejęciu Vitesse od razu zaczęły się ostre czystki. Zwolniona została legenda Vitesse, Theo Bos (tak, ten który potem prowadził Polonię Warszawa), którego w roli trenera zastąpił były piłkarz Chelsea, Albert Ferrer. Po co Abramowiczowi Vitesse? To proste. Liga holenderska jest idealna do ogrywania młodych graczy, panuje w niej kult młodzieży, stawia się na grę ofensywną i opartą o technikę. Gdzie lepiej można wytrenować ofensywnych zawodników? Raczej ciężko wskazać takie miejsce. A Chelsea korzysta z holenderskiego klubu w najlepsze – ogrywała już w nim między innymi Lucasa Piazona, Josha McEachrana, Christiana Atsu i Nemanję Maticia, a łącznie przez Vitesse przewinęło się już aż czternastu piłkarzy należących do londyńskiego klubu.

Kolejna zaleta dotyczy ogrywania piłkarzy, którzy nie mogliby występować w Chelsea ze względu na brak pozwolenia na pracę. Jest to spory problem dla angielskich drużyn zwłaszcza w przypadku bardzo młodych piłkarzy, a wysłanie ich do Vitesse zdecydowanie ułatwia sprawę. Taki zawodnik nie dość, że się ogra i podciągnie swoje umiejętności, to jeszcze poprawi sobie CV i dzięki temu znacznie zwiększą się jego szanse na to, że takie pozwolenie dostanie. Nie można także zapominać o tym, że Chelsea może teraz ściągać do siebie po niskich cenach piłkarzy Vitesse. Przykładem jest chociażby Marco van Ginkel, który w 2013 roku został wybrany na najlepszego młodego piłkarza Eredivisie, a przeszedł do Londynu za niecałe 10 milionów euro. Bardzo chciał go ściągnąć między innymi Ajax Amsterdam i normalnie w takiej sytuacji doszłoby do licytacji. A tak Vitesse odrzuciło ofertę krajanów, a van Ginkelowi powiedziało, że albo odejdzie do Chelsea, albo zostanie w klubie.

Z drugiej strony, także sam klub zyskuje na koneksjach z Abramowiczem. Niedawno podpisano lukratywną umowę z nowym sponsorem, firmą telekomunikacyjną Truphone. Jaki wpływ na to miał rosyjskich oligarcha? Taki, że wcześniej zainwestował w tę firmę 70 milionów euro, zyskując w niej 23,3% udziałów. Poza tym, dzięki wsparciu ze strony piłkarzy Chelsea, Vitesse regularnie kończy rozgrywki w czołówce ligi. Mało tego, w sezonie 2012/13 byli nawet w pewnym momencie jednymi z faworytów do mistrzostwa…

…a potem nagle kompletnie się pogubili i ostatecznie zajęli 4. miejsce. Powiecie: trudno, zdarza się. Faktycznie, nie ma w tym nic dziwnego do momentu, gdy nie wie się, co na ten temat miał do powiedzenia Merab Jordania. Gruzin w pewnym momencie ewidentnie pokłócił się z prawdziwymi właścicielami i po tym, jak Czigrinski wykopał go z klubu, a nowi zarządcy Vitesse nałożyli na niego trzyletni zakaz stadionowy, postanowił wyspowiadać się mediom. Opowiedział im między innymi o tym, że on sam chciał walczyć z Vitesse o mistrzostwo Holandii, ale dostał zakaz od – jak to ujął – Londynu. Powód? Podobno Abramowicz nie chciał doprowadzić do sytuacji, w której zarówno Chelsea jak i Vitesse grałyby w rozgrywkach Ligi Mistrzów, ponieważ obawiał się, że przyczyni się to do szczegółowej kontroli obu klubów ze strony UEFA. Gruzin ujawnił też, że Abramowicz blokował próby kupienia Kelvina Leerdama z Feyenoordu i nakazał sprzedać Wilfrieda Bony do Swansea.

Pierwsze globalne piłkarskie marki

Abu Dhabi United Group stworzyła firmę-córkę, którą nazwała City Football Grup. To kolejne wielkie imperium na liście i choć jest dopiero w fazie powstawania, to wiele wskazuje na to, że będzie największym ze wszystkich.

To imperium w założeniach zdecydowanie różni się od pozostałych – głównym celem nie jest stworzenie klubu-potęgi, wspieranego przez słabsze kluby. Nie, ideą szejków jest wykreowanie pierwszej międzyklubowej marki na świecie, której znakiem rozpoznawczym będzie człon ‘City’ w nazwie klubu.

Zaczęli naturalnie od Manchesteru City, przejmując ten klub w 2008 roku. Kolejny ruch wykonano w 2012, gdy do portfolio dołączyło nowopowstałe New York City, a rok temu szejkowie wykupili także za 12 milionów dolarów australijskie Melbourne Heart i przemianowali jej na, jak można się łatwo domyślić, Melbourne City. Co dalej? City Football Group zainwestował już w japońskie Yokohama F. Marinos, jednak póki co ma nadal zbyt mało udziałów, by przejąć władzę nad klubem i zmienić mu nazwę, ale nie oszukujmy się – to tylko kwestia czasu, gdy w J1 League będzie występował zespół Yokohama City. Wyobrażacie to sobie? Nagle wjeżdża sobie do Polski szejk, kupuje klub i robi z niego Poznań City lub Warszawa City, bez żadnego poszanowania dla historii i kibiców. Chore.

Choć trzeba przyznać, że to bardzo ambitny projekt. Globalna marka klubów City, która docelowo ma składać się z przynajmniej jednego klubu na każdym kontynencie. Co ważne, dzięki rozrzuceniu klubów po całym świecie, nie wystąpi problem z grą dwóch zespołów tego samego właściciela w tych samych rozgrywkach. No chyba, że pewnego roku dwie ekipy City awansują do Klubowych Mistrzostw Świata.

Inna sprawa, że jak pokazał przykład Franka Lamparda, ściągniętego przez New York i z miejsca wypożyczonego Manchesteru, daje to także spore pole do nadużyć, czy też wykorzystywania kilku klubów, by ominąć ograniczenia FFP w jednym z nich.

Na ten sam pomysł wpadła zresztą firma Red Bull GmbH, ci od dodawania skrzydeł. W ich przypadku – zamiast ‘City’ w nazwie klubu – pojawia się marka produktu. I oni także nie mają zamiaru się ograniczać. Póki co, w swoim portfolio mają FC Red Bull Salzburg, New York Red Bulls, Red Bull Brasil, Red Bull Leipzig i Red Bull Ghana, a wiele wskazuje na to, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Niedawno mówiło się o tym, że ekipa spod znaku czerwonego byka ma pojawić się także na angielskich boiskach.

* * *

Ciężko w tej chwili powiedzieć, czy tworzenie tego typu piłkarskich imperiów okaże się tymczasowym trendem czy stałą praktyką. Być może w porę zareaguje FIFA i – tak jak w przeszłości – za pomocą stosownych przepisów zablokuje tego typu praktyki.

Natomiast jeśli tak ma wyglądać przyszłość piłki nożnej, to nie rysuje się ona w zbyt przyjemnych barwach.

MICHAŁ BORKOWSKI